o. Mirosław Smyrak

W sztuce Pokutnik z Osjaku Roman Brandstaetter kreśli portret demona, charakteryzując go jako tego, który nie jest. Demon, choć istnieje, nie jest z Bogiem,nie jest (w zgodzie) z sobą samym, nie jest z człowiekiem i ostatecznie, pozbawiony tkanki każdej dobrej relacji, jaką jest miłość, nie jest z innymi demonami. Demon jest samotny i chce wpędzić w toksyczną samotność człowieka. Bóg zaś – Ten, który jest – postawił sobie cel z gruntu przeciwny.

Stworzył człowieka jako osobę, a więc do relacji, i pragnie, aby w niej odnalazł on pełnię szczęścia. Można by sądzić, że po tym wstępie problem samotności księdza mamy już rozwiązany: samotność jest zła – demoniczna, doświadczenie obecności dobre, bo Boże. Nie podważając tych stwierdzeń, musimy jednak pamiętać, że jesteśmy stworzeni na obraz i podobieństwo Tego, który jest jednocześnie Jeden we Wspólnocie Osób. Czyż więc człowiek nie jest stworzony zarówno do samotności jak i komunii? Nie wchodząc w głęboko metafizyczne analizy tego faktu, pragnę podzielić się lękami i nadziejami wynikającymi z tych ludzkich powinności. Obie kategorie naznaczają moje życie; zmieniają się jedynie ich proporcje.

Boję się samotności, która nie boli, bo spotyka tego, kto nie rozsmakował się życiem rozumianym jako bycie z i dla kogoś. Boję się samotności, która jest ucieczką przed ludźmi, wyzwaniami, zadaniami, których Bóg i człowiek ode mnie oczekują. Boję się samotności, a właściwie czuję przed nią respekt, bo wiem, że to moja pustynia, na której muszę walczyć i z pewnością właśnie tam będę atakowany, by okazało się ile warte są moje cnoty i jak mocne pokusy. Samotność pustyni to zgoda na to, że nie będzie w niej słodkich smaków i zapachów właściwym ogrodom miłości, które – jeżeli się pojawiają – to raczej jako oazy, które trzeba szybko opuszczać, by nie zatracić rytmu drogi. Boję się takiej samotności, w której doświadczenie oddalenia od stworzenia nie przybliża mnie do Stwórcy. Boję się samotności, w której sam zaczynam szukać źródeł zdolnych zaspokoić pragnienia, które objawiają się na spękanej brakiem obecnościziemi. Boję się samotności, w której przestaje wszystkiego oczekiwać od Boga. Boję się samotności wypełnionej hałasem, w której nie umiem słuchać jak Bóg przemawia ciszą. Boję się samotności banalnej, naszpikowanej rytuałami codzienności, którym przypisuje się rangę świętych czynności. Boję się samotności, która poczyna kompulsywny aktywizm jako receptę na pozorną tylko bierność. Boję się samotności, w której nie zauważam samotności Boga i nie mam w sobie dość wrażliwości, by wychodzić jej naprzeciw.

Pragnę samotności, która nauczy mnie odrywać się od tego, co mało ważne i zanurzy w kontemplacji tego, co prawdziwie piękne i wartościowe. Pragnę samotności, w której będę mógł doświadczyć jałowości życia bez Boga, ale jednocześnie Jego płodności, gdy zrodzi mnie poprzez nowe myśli, uczucia, pragnienia pochodzącego z Tego Jedynego Źródła. Pragnę samotności, która napawa spokojem i czystością myśli, które potrafią zrzucić balast informacji wypełniających pamięć, ale nie serce. Pragnę samotności, która daleka od ludzkich spojrzeń pozwoli poczuć na sobie wzrok, który nigdy nie męczy się patrzeniem z miłością. Pragnę samotności, w której nie musze się obwiniać, że nie jestem wystarczająco dobry i kochany; samotności, w której dobrze mi będzie z sobą takim, jakim jestem. Pragnę przyjąć samotność jak siostrę, by bawić się z nią jak w rodzinnym domu, gdzie serce dziecka nie traktowało wszystkiego śmiertelnie poważnie. Pragnę samotności, bo rozumiem, że to zgoda na wieczne towarzystwo wszystkich, którzy z woli Boga zainteresowani są moją osobą – aniołów, świętych, bliskich, którzy już odeszli i nawet tych, którzy robią to z nie najszlachetniejszych pobudek. Pragnę samotności pełnej prostoty, która nie wyzbywa się przez to piękna i możliwości zachwytu nad tym, co tylko pozornie nudne. Pragnę samotności, by pozwolić się jej zaskakiwać i wierzyć, że zawsze ma coś nowego do przekazania i to nie dlatego, że pamięć już zawodzi. Wierzę, że sam Bóg podsyca moje pragnienia, abym poprzez nie mógł doświadczać Emmanuela ukrytego w obłoku.