Siedziałem na miejskiej, krakowskiej ławeczce. Kilka lat później, spoglądając przez seminaryjne okno, widzę tę samą pamiętną ławkę. Wtedy zegar na Wawelu wybijał popołudniową godzinę. Miało się ku zmierzchowi. Krakowiak przy franciszkanach rzępolił na harmonijce stare szlagiery. Dziś słyszę dwanaście uderzeń – dwunasta. Nocna cisza i oświetlone planty budzą podziw i refleksje. Pora już spać. Wtedy patrzyłem w okno ceglanego budynku. Teraz przez to właśnie okno patrzę na ławeczkę, a na niej – zakochana para. Na ławkę padały ostanie promienie mijającego dnia. Wtedy prosiłem Boga o ten budynek ceglany. Teraz dziękuję Bogu za tę ławeczkę.

Wtedy robiło się już chłodno. Rude liście szumiąc zsuwały się z drzew. Zimny napój podrażniał zmarznięte gardło. O tej późnej godzinie planty tchną tajemnicą. Ławka wilgotniała od rosy; a oczy wilgotniały spragnione szczerej modlitwy. Teraz ciepły kaloryfer staje się przytulny. Kubek ciepłej herbaty utula do snu. Teraz tylko niedowierzanie, że to już trwa tyle lat… Najpierw jest pierwszy rok – gorliwość, postanowienia, regularność, ambicja, pasja, po prostu – jedno, wielkie chcenie. Na drugim roku – pierwsze zachwiania… Pierwsze błędy i potknięcia. Kilka prób! Na szczęście krzepią teksty Benedykta XVI: „Bycie człowiekiem jest jak chodzenie po górach, w których zdarzają się trudne wspinaczki. Dopiero dzięki nim jednak udaje się nam dotrzeć tak wysoko, że możemy doświadczyć piękna bycia”. Trzeci rok i ten piękny, ceglany, podwawelski budynek. Posługi na wielkich celebracjach. Lektorat, obłóczyny. Przysięgam żyć Pismem Świętym. Mam w pamięci słowa św. Ambrożego: „Gdy człowiek bierze do ręki z wiarą Pismo Święte i je czyta, znów przechadza się z Bogiem w raju”. Pierwsze „szczęść Boże” usłyszane na ulicy. Komu?! Boże, to mi powiedziano, na widok koloratki pod szyją; a raczej nad sercem! Czwarty rok i akolitat. „Kto w czyich rękach?” – grzmi zdecydowanie Ojciec duchowny z ambony. Bóg trzyma mnie, przez całe życie w swoich opiekuńczych rękach. Teraz mogę Jego opiekuńcze Ciało, trzymać w kruchych moich dłoniach. Ręce drżą, serce się rwie, usta artykułują: „Ciało Chrystusa”. A za rok diakonat – służba, ku chwale Twojej, nigdy swojej! Siedziałem na tej ławce na którą teraz patrzę. Nie mogę uwierzyć. Wtedy pytałem: co się dzieje? Czemu moje życie nabiera takiego specyficznego charakteru? Co się dzieje, że ten budynek z czerwonej cegły mnie pociąga? Co znaczy ta tabliczka z wykutym w piaskowcu napisem: Archidiecezjalne Seminarium Duchowne? Co się dzieje za kutymi drzwiami? Kto patrzy z tych dziesiątków okien? Kim są ci ludzie wtłaczający się do środka? Co nimi kieruje? Skąd ten uśmiech na ustach, skupienie w oczach, refleksja na czole, spokój w postawie? Tysiące tego typu pytań rodziło się we mnie, wtedy na tej ławce. Teraz na wiele spośród nich znam już odpowiedź. Mimo to, nadal niedowierzam. Jak Bogu udało się w ten oto sposób mnie poprowadzić? W zachwycie dla Jego dzieła należy jedynie zamilknąć. To misterium nie do pojęcia. Podobnie bliska może wydawać się sytuacja młodego Tobiasza, który spotyka anioła Rafała: „Młodzieńcze, ojciec cię woła”. Wołał Bóg, krzyczał, mówił przez bicie zegara, liście spadające, ostatnie promienie dnia. A ja zauroczony pięknem Bożego stworzenia wpatrywałem się w swoją przyszłość, próbując rozszyfrować Jego plany. Ze łzami w oczach siedząc na ławce marzyłem, aby kiedyś móc stanąć po tamtej stronie okna. Zawołał Bóg, wołał i krzyczał – ja odpowiedziałem i oniemiałem… Anioł Rafał mówi Tobiaszowi starszemu: „Niech cię spotka wiele radości!” Bóg życzy mi radości i powodzenia. Życie jest po to, aby spełniać Jego boskie plany w radości. Wszystko co trudne i wymagające jest dobre. Daje radość tylko to, na co ciężko zapracować. O powołanie trzeba zawalczyć, wciąż zmagać się ze Złym. Konfrontacja utwierdza w powołaniu, przybliża ku Bogu, daje radość. Na ławce myślałem: kleryk to ktoś bliski Bogu, wciąż rozmodlony, zawsze robi to, co chce, chce to, co musi. Z okna patrzę, i widzę kleryków, wprawdzie bliskich Bogu i rozmodlonych, ale często poranionych. Nie zawsze kleryk robi to, co chce, a często musi robić coś, czego nie chce. Walka o powołanie, zachwianie, nowe błędy i potknięcia. Tym bardziej świadomiej przeżywa się radość. Dzięki trudnościom radość staje się radośniejsza. Upadki przybliżają do Boga, a słabości utwierdzają w cudownej pokorze. Mam wykute w sercu słowa anioła Rafała: „Ufaj, niezadługo już Bóg cię uzdrowi, ufaj”. Ufność wychowuje ku pokorze, a pokora daje radość. Siedząc na ławce myślałem zupełnie jak Tobiasz, który odpowiedział aniołowi: „Jestem człowiekiem pozbawionym wzroku i nie widzę światła nieba, ale siedzę w ciemnościach, jak umarli”. Na ławce czułem obawy i trwogę na myśl o planach Boga względem mnie. Czułem się jak umierający, z obawą oczekując co będzie dalej. Bez światła wszedłem przez kute drzwi, zaufałem, zawierzyłem, dane mi jest cieszyć się Bożym powołaniem. Lecz wiele ta radość kosztowała… Tobiasz również liczył się z kosztami, prosząc anioła o pomoc. „Dam ci za to należną zapłatę, bracie” – mówi Tobiasz. Ofiara, samozaparcie, trwanie wytrwale w postanowieniach, to wszystko kosztuje, ale na szczęście, procentuje! Wiele mnie kosztowało, aby móc stanąć w tym oknie i popatrzeć na ławeczkę. Tym bardziej Bogu dziękuję za tę możność. Idąc przez lata seminaryjnej formacji mam przy sobie Boże obietnice. Nic mnie nie przestraszy, nic mną nie poruszy. Żaden problem mnie nie zwycięży. Nic mi nie grozi, bo odczytuję te słowa anioła Rafała, jako Boże: „Mogę z nim wyruszyć, znam wszystkie drogi i często nimi chodziłem. Przeszedłem wszystkie doliny i góry i znam wszystkie jej szlaki”. Z takim przyjacielem, mając Boga przy boku, i w sercu, można wyruszyć w każdą podróż. Moja zaczęła się na miejskiej, krakowskiej ławeczce. Trwa, ufam, że trwać będzie, zawierzam ją Bogu idącemu ze mną, prowadzącemu mnie przez zawiłości ludzkiego życia. Droga przez seminaryjne lata jest trudna, lecz daje radość. Mając Boga za przyjaciela można wiele. Tym bliższe, wydają się być słowa anioła Rafała: „Nie bój się! Zdrowi wyjdziemy i zdrowi powrócimy (…), ponieważ droga jest bezpieczna”.