o. Kazimierz Duraj

Najpierw chcę podziękować za to pytanie. Rzadko nawet „u nas”, gdzie liturgia, modlitwa jest codziennością podejmujemy refleksję nad czytaniem swej wiary. Jeszcze rzadziej jest to refleksja osobista poszukująca kierownictwa duchowego. To znak życia w nas ducha posłuszeństwa wiary; otwarcie na to, co Bóg mówi w moim życiu; odwagę wysłuchania i przyjęcia Jego słowa i woli. A to jest sercem wiary: otwartość wobec tej „symfonii Słowa” (pojęcie papieża Benedykta).

Istnieje model kierownictwa duchowego oparty przede wszystkim na czytaniu znaków czasu w życiu modlitwy, w tym w jej liturgicznym sercu.

Już takie spojrzenie dokonuje pewnej modyfikacji tego pytania. Może nie chodzi tylko o uchronienie się od rutyny? O spowszednienie tego, co w wierze jest najświętsze. Trzeba spojrzeć na ten stan podobnie jak na negatywne uczucia. I rutynę i nudę można zaliczyć do negatywnych uczuć. Wcale nie chodzi o usunięcie tych uczuć, a tym bardziej ich stłumienie. Same uczucia nie są grzechem, nawet te najbardziej w przeżywaniu straszne. Mają jednak potężny potencjał poznawczy, otwierający na łaskę, są niezbędne dla prawdy potrzeby wewnętrznej przemiany i oczyszczenia. Jako uczucia są cenne. Choć łatwo przeradzają się w wybrane lub dopuszczone postawy. Wtedy dopiero stają się grzechem. Negatywne uczucia mają odpowiednik w postawach.

Zatem postawione pytanie należałoby nieco zmodyfikować. Co nam może dać i w czym pomóc poczucie groźby rutyny? Jak uniknąć wejścia w stan rutyny, który już jest grzeszny, piętnuje naszą posługę i staje się czytelną antyewangelizacją i antyświadectwem. Mamy zatem do czynienia z szansą, ale równocześnie z przejmującym niebezpieczeństwem.

Co zatem zrobić i jak przeczytać tą groźbę? Jak czytać jej zwiastuny? Jak nudę, niezaangażowanie, powierzchowność, brak więzi z realnym życiem i wiele innych? Posłużę się w odpowiedzi mocnym tekstem jeszcze kardynała Ratzingera z XII tomu jego „Opera omnia”: „Zawsze zastanawiałem się, dlaczego w modlitwie rzymskiego kanonu mszalnego, w którym kapłani modlą się za siebie samych, jako tytuł widnieje słowo „grzesznik”: nobis quoque peccatoribus… Niebezpieczeństwem jest nieustanne zbliżanie się do świętości, ponieważ może stać się czymś codziennym, zwykłym, a przez to przyprawić o zgubę… przyzwyczajenie otępia… kto naraża się na działanie radioaktywnego promieniowania słowa Bożego, ba, obchodzi się z nim zawodowo, musi być odpowiednio wyposażony, by żyć w takiej bliskości, w innym wypadku się poparzy” (s. 418-419).

To odważny obraz bliskości Boga, świętości liturgii porównany do promieniowania radioaktywnego, niewidzialnego a niesamowicie zabójczego (niemal Czarnobyl). Potwierdza to, jak to pytanie jest ważne, jak paradoksalnie bliskość Boga może nas poparzyć. I jak ta bliskość jest stanem pełnym dramaturgii. I trudna uwaga, że kryzys Kościoła w znacznej mierze łączy się z upadkiem stanu duchownego. To wystarcza, by nas skłonić do uważnego przyjęcia tego co jest tym wyposażeniem, co nas zabezpiecza przed bliskością Boga, która też jest nie tylko zbawienna, ale może również poparzyć.

Tu odpowiedź jest zaskakująca. Przyszły papież nawiązuje do słynnego gestu ściągnięcia sandałów wobec świętości miejsca objawienia Boga. Sandały wykonane ze skóry martwych zwierząt, symbolizują to co martwe i z czego mamy się wyzwolić: „aby móc żyć w bliskości Tego, który jest życiem”. Mogę tylko zachęcić już do bardziej szczegółowej lektury, czym są te martwe ciężary, które nosimy. Nerwem jest jednak to wspomniane uznawanie swej grzeszności jako pewnego paradoksu. Mamy się wyzwolić z tego, co martwe w nas, ale jednocześnie to właśnie grzeszność i jej coraz głębsze poczucie nas ratuje. Tak jak inaczej przeżywamy szpital, gdy tylko obok niego przechodzimy: może nas tylko wzruszyć los tam cierpiących, albo wcale nie dotknąć. Inaczej jest, gdy leży tam ktoś bliski. A całkowicie inaczej, gdy my sami tam trafiamy z cierpieniem i chorobą, i nadzieją na ratowanie życia. Tam, gdzie jestem grzesznikiem, gdzie w tym wielkim szpitalu Kościoła trwa ratowanie także mojego życia, rutyna mi nie grozi. Kto jest pacjentem i prawdziwie cierpi, nie wpadnie w rutynę.