Bp Wiesław Antoni Krótki OMI – ur. 1964 w Jaworzynce. Po ukończeniu Niższego Seminarium Duchownego Zgromadzenia Misjonarzy Oblatów w Markowicach wstąpił do zakonu studiując w WSD Oblatów w Obrze. Otrzymał święcenia kapłańskie 19 czerwca 1990 roku. Od razu po święceniach wyjechał na misje do Kanady, gdzie został przełożonym oblatów (1999-2005) i proboszczem największej parafii mającej pod opieką 5 bardzo odległych placówek. Diecezja Churchill-Baie d’Hudson ma powierzchnię siedmiokrotnie większą od Polski (2,3 mln km2).

Na jej terenie mieszka 33,5 tys. osób, z czego 9,5 tys. katolików. Posługę duszpasterską pełni tam 16 kapłanów zakonnych i 3 diecezjalnych.

Z Księdzem Biskupem rozmawia Jerzy Kajzar

 

Jak ojciec, polski misjonarz, został biskupem jednej z największych obszarowo diecezji na świecie?

Zadzwonił telefon. Nieznany głos pyta, czy to Ojciec Antoni Wiesław? Odpowiadam grzecznie, ale niepewnie: “tak”. Słyszę, że to telefon z Nuncjatury Apostolskiej. Jego Ekscelencja Nuncjusz pragnie się ze mną spotkać. O tej porze? – pomyślałem – Ktoś sobie chyba żartuje, więc zapytałem, kiedy chce się ze mną spotkać, bo o wyjeździe o tej porze i w tych warunkach z mojego miejsca pobytu nie ma nawet mowy. Nigdy nie miałem do czynienia z tak dostojnym przedstawicielem Kościoła, nigdy nie byłem w Nuncjaturze Apostolskiej i ani mi się to nie śniło. Pomyślałem, że skoro Nuncjusz mnie wzywa, to nie wolno mówić nie, a jako posłuszny zakonnik zrobię wszystko, by jak najszybciej spotkać się z nim, gdyż musi to być zapewne ważna sprawa. Natychmiast po rozmowie myśli zaczęły się kotłować w mojej głowie. Ponieważ miałem cztery misje do obsługi w odległościach 600 km każda, nie byłem osiągalny, by przyczynić się do propozycji mianowania nowego biskupa. Wyłączając się z tego procesu, który trwał bardzo długi czas, pomyślałem natychmiast, że chyba chcą mojej opinii, skoro jestem w tej chwili jedynym misjonarzem pracującym na Dalekiej Północy przez tak długi czas. Moje myśli uspokoiły się nieco, ale jechać trzeba było. Zacząłem się szybko zbierać. Udało mi się dostać na lotnisko i polecieć do stolicy Północy.

Jak wyglądało spotkanie z Nuncjuszem?

W poniedziałek 11 lutego 2013 miałem się stawić w jego rezydencji. Nadszedł witając mnie ojcowskim uściskiem i zapraszając do spoczynku w bardzo wygodnym krześle, przypominającym mi w sekundzie zamek w Pszczynie i wykwintnie pozłacane fotele książęce.  Poczułem się w tej sali zagubiony… ja przecież spałem na skórach z renifera i woła piżmowego, ubrany w skóry foki i renifera, chodziłem w butach ze skóry niedźwiedzia, a tu jak się zachować? Jak chodzić? Jak siedzieć? Niesamowite obciążenie. Ale przecież przedstawiciel Piotra siedzi naprzeciw, to może przeżyję jakoś, pomyślałem. Nuncjusz patrząc mi w oczy, powiada: ”Ojcze, mam jedną wiadomość dla Ciebie… Ojciec Święty Benedykt XVI, zanim ogłosił swoją rezygnację, mianował Ojca biskupem diecezji Churchill-Hudson Bay.” Zapanowała cisza… „Niemożliwe, nie może być, to nie o to chodzi, to nie dla mnie, tego się tak nie da, za wielka sprawa, to dla innych, nie dam rady, co ja mam zrobić, jak mam powiedzieć, że nie jestem godny, nigdy nie pracowałem na Południu w normalnych parafiach, nie mam doświadczenia w finansach, zawsze pracowałem sam na misjach, nie wiem, na czym polega organizacja diecezji, jestem zwykłym zakonnikiem, który nikomu nie wadzi, nie mam żadnych kontaktów, nie podołam…” – to tylko kilka z niekończącej się gamy pytań, jakie nasunęły się w jednej minucie. Całe 48 lat przeleciało mi przed oczami w mgnieniu oka, nie tylko raz, ale wielokrotnie szukając potwierdzenia, że to jest pomyłka… Spłynęły łzy, poczułem rosę na moich skroniach, drżenie moich ramion i ciepło ogarniało mnie coraz bardziej. Z jednej strony napełniała mnie świadomość bezsilności wobec Boga, a z drugiej bezgraniczne zaufanie i pokora. Tak bardzo bałem się powiedzieć “Tak”, kiedy Duch Święty obdarował mnie nadzwyczajnym darem i Kościół wybrał mnie na następcę Apostołów, że zabrakło mi mowy i scena Zachariasza z Ewangelii Łukasza przed narodzeniem Jana pojawiła się w moich myślach. W sercu słyszałem słowa “Nie lękaj się, tak ma być, to dla Niego zostałeś wybrany”. Po godzinie i 15 minutach głębokich zmagań odpowiedziałem “tak” i poprosiłem o błogosławieństwo. Teraz miałem w pokorze serca oczekiwać potwierdzenia z Rzymu i uroczystego ogłoszenia. Z tym było najmniej kłopotu. aczkolwiek nadal myślami sięgałem do pierwszych momentów i duchowej walki. Zrozumiałem bardzo dobrze, że Bóg ma swój plan. Ma plan, by nas Zbawić i ma plan by nas drogą pokory w tym planie odkupienia prowadzić.

 

Jak wygląda praca na tak trudnej misji w pojedynkę, czy samotność kapłańska nie jest problemem pracy na misji?

Kiedy wybierałem się na misje będąc jeszcze w Polsce, przeżywałem nadzwyczajną radość i pragnienie pracy na Dalekiej Północy. Z wielkim trudem kroczyłem z moim przekonaniem i ideałem, ale od 14 roku życia było dla mnie wiadomym, że misje są moim pragnieniem. Z jednej strony było to pragnienie naprawy tego, co było złe dla mnie i dla innych, a z drugiej strony szukałem tego, co najtrudniejsze w życiu, bo w tym widziałem Boży plan dla mnie. Nie przeżywałem żadnego lęku czy niepewności. Jedynie problemy z nauką doświadczały mnie bardzo. Samotność była niczym, gdyż moje pole pracy było w Bożych rękach od początku. Jako misjonarz nie miałem nigdy chwil wątpliwości nigdy. Skoro Bóg wybrał mnie i poprowadził przez tyle lat przez szereg trudności, a każda z nich przygotowywała na poważniejszą do przeżycia trudność, więc szybko zrozumiałem, że na tym polega moje powołanie. Moja droga miała być coraz trudniejsza  i bardziej odpowiedzialna. Tak też się działo od 12 roku mojego życia.Wtedy Bóg przeznaczył mnie do swojego dzieła. Podobnie jest z każdym powołaniem – ale czy możemy całkowicie zaufać? Na mnie przyszedł kryzys, kiedy Bóg postawił przede mną funkcję Apostoła. Samotność ogarnia nas kapłanów, gdy na to pozwolimy, jeśli zamyślimy się w sobie, zamiast w Chrystusie i jego Kościele.

Misjonarze muszą być świadomi, że są tylko ludźmi, ale bycie samym nie przeszkadza. Ja przeżyłem 24 lata kapłaństwa, a w tym 18 lat sam. Nie było chwili, kiedy czułem się samotny mieszkając w pojedynkę, bo żyłem dla innych. I cokolwiek czyniłem, było dane z serca, co wywoływało radość i pragnienie czynienia więcej. Zawsze starałem się być całkowicie pochłonięty pracą lub modlitwą. Wszystko było dla mnie ważne. Moje najprostsze i najzwyklejsze obowiązki stawały się okazją czynienia czegoś lepiej, a przede wszystkim umiłowania ludzi bardziej. Nigdy nie zastanawiałem się, czy to przyniesie mi satysfakcję i czy ja tego potrzebuję. Ja żyłem dla ludzi, a przez to dla Boga. Może dlatego nie przeżywałem samotności. Moją dewizą jest „czyń wszystko, jak najlepiej potrafisz, a resztę oddaj Bogu”. Przychodzą może nieraz chwile tęsknoty za ludźmi i zmęczenie z braku ludzkiej wdzięczności, ale to nie prowadzi do samotności. Samotność przyjdzie, kiedy zatracimy ufność w Bożą moc, która przezwycięża wszystko. Dlatego ważne jest dla mnie, by ciągle trzymać kontakt z moimi kapłanami i pozostałym personelem diecezji, jak również lokalnymi katechetami. Kierując moje pierwsze kroki na Północ otrzymałem dobrą radę: “Gdy będąc na misji, będziesz spoglądać na obrazki na ścianie i zauważysz, że zaczynasz mówić do obrazków, to miej się na baczności i zajmij się pracą. Kiedy obrazki zaczną Tobie z czasem odpowiadać, to pakuj się i wyjeżdżaj”. Wiele w tym prawdy. Może to ma coś wspólnego z samotnością.

 

Jak w takich warunkach wygląda współpraca kapłańska i wzajemna pomoc w trudnych momentach?

Niewielu kapłanów mam w diecezji, ale co roku na naszych spotkaniach diecezjalnych czy wspólnotach zakonnych ponawiam i przynaglam potrzebę kontaktu i rozmów. Kiedy stawiałem pierwsze kroki 24 lata temu jako misjonarz, mieliśmy do dyspozycji jedynie radio, dzięki któremu komunikowaliśmy się każdego dnia pomiędzy misjami. Wszyscy włączali radio na określonej fali i mogliśmy siebie nawzajem słyszeć i każdy mógł porozmawiać z każdym. Każdy misjonarz słyszał każdą rozmowę, nie było sekretów, nie było tajemnic, była radosna wspólnota, braterska miłość i zrozumienie. Lata mijały i pojawił się telefon. Ponieważ używanie telefonu było kosztowne, nadal radio służyło jako podstawa komunikacji pomiędzy kapłanami i pozostałym personelem diecezji. Z czasem pojawił się komputer na Północy, z tym przyszedł adres e-mailowy i zaczęło się przesiadywanie przy komputerze zamiast rozmowy ze współbraćmi kapłanami. Zaczęło się odnajdywanie powodów, przyczyn, by być zajętym, więc kolejne przypomnienie, że ważny jest kontakt z drugim człowiekiem, ale nadal rozmowa tradycyjna, kiedy można słyszeć drugiego, jest niezastąpiona. Dla nas wielkim darem techniki okazał się Skype. Teraz można do każdego usłyszeć, bo dzisiaj Internet  jest dostępny na wszystkich północnych misjach. Ponieważ jednak jest ograniczony i sporo kosztuje, a limit jest bardzo mały, nasze rozmowy trwają bardzo króciutko. Niemniej jednak można usłyszeć brata kapłana, kiedy jest taka potrzeba.

 

Co jest największym utrapieniem tego typu misji?

O ile wszystkie misje mają w sobie coś swojego i pięknego, to każda misja ma coś, co czyni ją specyficzną, a często i trudną. Na misjach Dalekiej Północy nie narzekamy na ciepło ani na nadmiar światła. Nie przeszkadza nam czas burz ani tygodniowych mgieł, kiedy komunikacja ze światem jest przerwana. Każdy człowiek lubi coś innego i rożnym ludziom różne rzeczy przeszkadzają w życiu. Jednak nade wszystko Misje Dalekiej Północy sprawiają najwięcej trudności w zaakceptowaniu innych ludzi i pokochaniu ich takimi, jacy są i za to, kim są. Za tym idzie cała kultura życia fizycznego i duchowego. Albo się Północ kocha, albo się ją nienawidzi – nie można pokochać Północy bez miłości ludzi, ani też kochać ludzi, a nienawidzić Północy. Inuit czynią Północ nadzwyczajnym miejscem i szczególnym Kościołem – Żywą Świątynią bezkresnej Północy, więc zawsze chodzi o ludzi.

Często się mówi, że „seminarium duchowne jest oczkiem w głowie dla Biskupa diecezji”, co ksiądz Biskup o tym twierdzi? Czy są jakieś powołania lub nadzieje na nie na takich trudnych terenach, jakimi jest ojca diecezja?

Miło słyszeć, kiedy Biskupi dzielą się w rozmowach owocami swoich osiągnięć i zapleczem powołaniowym. A co, kiedy nie ma się powołań? I o owoce trudno? W diecezji mojej przed 50 laty było 2 kandydatów do życia zakonnego i 2 kandydatki na siostry zakonne wśród ludności Inuit. Niestety nie cieszyliśmy się długo. Po powrocie do swoich misji, dziadkowie mieli ustalone już, kto wyjdzie, za kogo i jak będzie rodzina wpływała na przyszłość młodej pary. Nikt nie brał pod uwagę, że młodzi chłopcy i dziewczyny pragnęli poświęcić życie dla służby Bogu. Już nie wrócili do domów zakonnych. Od tego czasu istniało przeświadczenie w szeregach misjonarskich, że niemożliwością jest znalezienie kandydata do kapłaństwa czy życia zakonnego. Opinia taka bazowała na naturalnej potrzebie ludzi Północy do zakładania wielodzietnych rodzin w celu przeżycia. Poza tym dziewczyny i chłopcy byli również wykorzystywani do pojednania rodzin albo wzbogacenia czy współpracy. Psi zaprzęg był stosunkowo ważniejszy niż powołanie do kapłaństwa, a umiejętność szycia ubrań ze skór była pożyteczniejsza od spędzania czasu w klasztorze, a przy tym kobieta musiała gotować, rodzić dzieci i zajmować się wszystkim włącznie z szyciem nowych ubrań dla wszystkich członków rodziny 2 razy w roku. To zajmowało cały czas, jakim dysponowała kobieta, kiedy mężczyzna miał za zadanie wybudować igloo i zdobyć mięso.

Wierzę, że Bóg powołuje również tutaj na Północy, ale odpowiedź na powołanie wydaje się być zagłuszona innymi potrzebami, czy innymi wartościami. Będą powołania tutaj również, ale jeszcze nie teraz. Życie stało się zbyt łatwe i niewymagające wysiłku, kiedy rząd pokrywa wszystkie potrzeby dzieci, młodzieży i dorosłych. Jednocześnie coraz częściej spotykamy ludzi, którzy zaczynają do życia podchodzić poważniej i zastanawiają się nad przyszłością. Wielu chce mieć możliwość zadecydowania o swoim życiu, więc szukają pracy by móc dysponować zarobionym pieniądzem i mieć możliwość decydowania o swojej przyszłości. Może w chwili, kiedy większa wolność wyboru i decyzji stanie się czymś normalnym, otworzą się horyzonty i zrodzi się potrzeba głębszej wiary i zrodzą się powołania. Bez powołań Kościół nie może rosnąć i jest niebezpieczeństwo, że brak wzrostu przyczyni się do powolnego uśpienia, a tego nikt przecież nie chce..

Na razie próbuję zdobyć kapłanów spoza Kanady, gdyż Kanada ma bardzo niewielką ilość powołań. Czy długo tak będę musiał wędki zarzucać? Chyba nie na tym polega odnajdywanie powołań. Wierzę, że powołania do misyjnej pracy na Północy nadal są, ale trzeba je wyprosić i wymodlić. Na Północy potrzeba misjonarzy z pasją i z konkretnym pragnieniem poświęcenia, bo przygodę można sobie znaleźć wszędzie. Ja do pracy szukam mocnych Apostołów i świadków miłości Boga i ludzi, a nie poszukiwaczy przygód. Szukam misjonarzy, którzy potrafią być wszystkim dla wszystkich. Misje Północne potrzebują ludzi gotowych na poświęcenie życia i pokochania Północy ze względu na Chrystusa i Inuit. Ja szukam ludzi mocnych wiarą, duchem i ciałem, po prostu zdrowych, bo tylko tacy dadzą sobie radę z miesiącami ciemności i miesiącami nieustannego dnia. Polska ma właśnie takich ludzi, którzy są już powołani, ale może boją się odpowiedzieć „TAK”. Będziemy się modlić.

Jako już dojrzały kapłan to, jaką drogą Ksiądz Biskup poleca budować fundament i konstrukcję swojego kapłaństwa dla osób dążących do tej służby?

Biorąc pod uwagę lata mojej pracy misyjnej i wieloletnie doświadczenie życia blisko ludzi, którym się służy, chciałoby się dać jakiś konkretny kierunek w zrozumieniu i odpowiedzi na Boże powołanie. Niewiele potrzeba, by powołanie odkryć, ale może to zająć sporo czasu. Zależy, w jakim kierunku młody człowiek podąża. Dla mnie zawsze ważnym było, by iść przed siebie i uwierzyć, że jak ja zrobię wszystko, co mogę najlepiej i dam z siebie wszystko, to powołanie musi wzrastać i kształtować się. Bardzo istotnym wydaje się być podejście do powołania, jako daru służby, ofiary i wyrzeczenia, a nie jako możliwości przygody czy zabezpieczenia. Dewizą mojego powołania było szukanie drogi, która była najtrudniejsza, bo w niej miałem najwięcej mocy Bożej. A w chwilach, kiedy byłem bliski załamania, Bóg sam wyciągał pomocną dłoń za każdym razem. Ale kiedy młody człowiek wybiera najłatwiejszą drogę powołania w czasie kryzysu, najczęściej doznaje rozczarowania, bo już odebrał przecież to, co miało pomóc. Trudno jest również z łatwego życia przestawić się na trudne. Zawsze wolałem zaczynać trudniejszą drogę, by przy dobrych wiatrach cieszyć się jej rezultatem. A radość zawsze była wielka. Prawdziwa miłość kosztuje. I w tym przypadku jest podobnie.

 

Dziękuję za rozmowę!

Jerzy Kajzar