Pamiętam chwilę w moim życiu, kiedy po raz pierwszy zrozumiałem, czym jest Kościół. Miałem 15 lat i byłem na swojej pierwszej oazie. Zgromadziliśmy się w zimny, mimo letniej pory, wieczór wokół ogniska. Najpierw radosne zabawy, później piękna, nastrojowa modlitwa. Wszystko, czego potrzebuje młody człowiek, aby poczuć się szczęśliwym.

Na zakończenie, przed błogosławieństwem, Ksiądz moderator zadał nam pytanie: „Kto przeżywa teraz wielką radość, niech podniesie rękę”. Oczywiście wszyscy wysoko wznieśliśmy dłonie. „Wiecie, dlaczego tak jest?” – dodał – „ponieważ grzeje nas ciepło ogniska i czujemy się bezpiecznie. Jesteśmy razem, blisko siebie i śpiewamy te same melodie mimo, że każdy z nas ma inny głos. Kochani, to jest właśnie Kościół, wspólnota ludzi zgromadzonych wokół Chrystusa. On jest światłem, dzięki któremu możemy kroczyć w ciemności. On jest życiem, dzięki któremu pokonany chłód śmierci. To On sprawia, że mimo wielu różnic tworzymy jeden krąg, gdzie każdy dla każdego jest bratem i siostrą.” Popatrzyłem na zasłuchane twarze moich koleżanek i kolegów. Nie znaliśmy się jeszcze po imieniu, ale wiedzieliśmy jedno, że dobrze nam jest razem. To doświadczenie pomogło mi odkryć prawdziwy wymiar Kościoła, który do tej pory kojarzył mi się z dużym budynkiem i urzędującym w kancelarii proboszczem. Wracam do tych chwil, ponieważ na tej oazie zaczęła we mnie dojrzewać myśl o powołaniu.

Kiedy zostałem kapłanem, powierzano mi towarzyszenie różnym wspólnotom. Było to dla mnie zadanie, którego realizacja dawała mi wielką radość. W seminarium dotarło do mnie, że prezbitera nazywano pontifexem, czyli budowniczym mostów. Cieszyłem się, że mogę poprzez moją posługę sakramentalną, zaangażowanie w prowadzenie rekolekcji, spotkań, kolonii być tym, który łączy dwa brzegi: ten, na którym stoi człowiek i ten, na którym czeka na ludzi Bóg. W seminarium odkryłem również, że kapłan powinien używać obu rąk. Jedną ma mocno ująć bliźniego, drugą Chrystusa. jego zadaniem jest połączyć obie dłonie razem, aby samemu szukać następnych.

Kiedyś zapytano mnie na spotkaniu pomaturalnym, jak radzę sobie z samotnością. Zastanowiłem się chwilę i powiedziałem: „Jestem ponad dwadzieścia lat księdzem, a nigdy nie czułem się samotnym. Wręcz przeciwnie – muszę o samotność walczyć, aby dzięki temu pomodlić się i przeczytać książkę, obejrzeć dobry film.” Zaskoczyłem swoją odpowiedzią, łamiąc pewne stereotypy. Powiedziałem, że ksiądz nigdy nie jest sam, jeśli otwiera się na Pana Boga i ludzi.

Często powtarzam, że ksiądz, który nie chce zaangażować się w budowanie wspólnot przypomina małżeństwo, które nie chce mieć dzieci. Jakiś czas jest to przyjemne i wygodne, jednak ostatecznie rodzi wielką pustkę i poczucie marnowanego życia. Ksiądz jest tym, który rozpala ognisko, pilnuje, aby nie zgasło, zaprasza innych, aby wokół niego się zgromadzili. Dzięki temu sam doświadcza ciepła i czuje się blisko innych.

Nigdy nie rób sam tego, co możesz zrobić z innymi. Jeśli tej zasady będziemy się trzymać, to nasze powołanie będzie piękną przygodą.

o. Grzegorz Gruszecki