o. Kazimierz Duraj

Związek sportu w wiarą jest niemal intuicyjny i w pewnej mierze doświadczalny. Aktywność sportowa wierze sprzyja na wiele sposobów: potrzeba dyscypliny, filozofia poświęcenia, ćwiczenia, trudu – nie zaś łatwych metod na sukces i bycie celebrytą, pokora wymuszana przez świadomość, że nawet mały uraz może przekreślić całą karierę, wpisany w rywalizację sportową realizm stojący w opozycji do wielopostaciowej pokusy życia w świecie wirtualnym, nawet rola łutu szczęścia (cokolwiek się pod tym pojęciem rozumie) – to wszystko to sprawy, które dla wiary nie pozostają bez znaczenia.

Trzeźwość tej refleksji wymaga jednak uznania, że nie wszystko w sporcie może się Panu Bogu podobać. Choć zewnętrznie okazywana religijność wielkich gwiazd sportu budzi u wielu ludzi entuzjazm i poczucie istotnego umocnienia ich świadectwem, nie zawsze za tym, co widzialne, kryje się głębsza prawda. Widać to choćby wtedy, gdy wybuchają kolejne skandale dopingowe. Obsesja wygrywania za wszelka cenę nieraz wygrywa z tym, co sugeruje wiara. Wielu „świętych” sportowców ostatecznie przeszło drogę ze szczytów ludzkich zachwytów na dno moralnego upadku (nawiasem mówiąc, potwierdza to mądrość Kościoła, który kanonizuje ludzi dopiero po ich śmierci, a i nawet wtedy dopiero po pewnym odczekaniu).

Jest też w sporcie pewna łatwość udawania religii, stawania się pseudo-kościołem, rodzajem doświadczenia zbawienia. Zamiast świętości i miłości człowiek za swój życiowy cel może uznać wieczne zdrowie i sprawność fizyczną, a za drogę postępu spalanie tłuszczu i rozwój muskulatury. Raj i wieczne szczęście zostają wówczas sprowadzone na ziemię. Pożyteczne cechy stają się dążeniami ostatecznymi.

Umiejscawianie przez nas sportu (i nie tylko sportu) w życiu ma tendencję do popadania w jedną z dwóch skrajności – totalnej obecności lub totalnego wykluczenia. Tymczasem bardziej pożyteczna jest tutaj zasada: „o tyle – o ile”. Jest to może dobra okazja, by przypomnieć o istnieniu szczególnej cnoty, jaką jest roztropność. Katechizm określa ją jako cnotę „która uzdalnia rozum praktyczny do rozeznawania w każdej okoliczności naszego prawdziwego dobra i do wyboru właściwych środków do jego pełnienia” (KKK 1806).

W przeciwieństwie do instrumentalnego traktowania osób, instrumentalne traktowanie sportu nie uwłacza ani jemu jako całości, ani żadnej jego dyscyplinie. Sport powinniśmy uprawiać roztropnie, czyli właśnie „o tyle, o ile” służy on naszemu dobru. Gdy zachowany będzie zdrowy umiar, stanie się on narzędziem pożytecznym równie mocno dla ciała, jak i dla duszy, a przy okazji nauczy nas, aby nie dzielić człowieka na część cielesną i część „duszną”, lecz istnieć „razem”.

Zakończmy przykładem takiego właśnie pozytywnego i owocnego potraktowania sportu.

Św. Paweł przynajmniej w jednej dyscyplinie sportowej miałby szansę na medale i wyróżnienia: w chodziarstwie (choć może niekoniecznie ściśle rozumianym). Uświadomiwszy sobie przemierzone przez niego dla głoszenia Jezusa (a nie na przykład dla kondycji czy odchudzania) tysiące kilometrów, nie mamy wątpliwości, że może on być na tym polu ekspertem.

W Pierwszym Liście do Koryntian pisze Paweł: „Czyż nie wiecie, że gdy zawodnicy biegną na stadionie, wszyscy wprawdzie biegną, lecz jeden tylko otrzymuje nagrodę? Przeto tak biegnijcie, abyście ją otrzymali. Każdy, który staje do zapasów, wszystkiego sobie odmawia; oni, aby zdobyć przemijającą nagrodę, my zaś nieprzemijającą. Ja przeto biegnę nie jakby na oślep; walczę nie tak, jakbym zadawał ciosy w próżnię, lecz poskramiam moje ciało i biorę je w niewolę, abym innym głosząc naukę, sam przypadkiem nie został uznany za niezdatnego” (9, 24-27). Bogactwo tego tekstu może skłonić nasze umysły do ruszenia w długi, refleksyjny bieg. Jak to bywa z biegiem, jest to sprawa indywidualna i długodystansowa, w tym miejscu poprzestańmy więc na jednej uwadze: Paweł sport (a konkretnie: biegane i zapasy – klasyczne dyscypliny) traktuje nieprawdopodobnie pozytywnie. Sport jest zachętą, ale i ostrzeżeniem. Wyraźnie skłania do myślenia, do odkrywania swojej wiary i filozofii życia: czy jest ono zaślepioną walką ze złym światem i tyloma różnorakimi wrogami, w której na prawo i lewo rozdaje się ciosy, czy może cierpliwym i wytrwałym biegiem do zbawienia, w którym jedynym moim wrogiem jest moja własna słabość? Uczy sport również, kto jest Drogą i Metą, jaka nadzieja jest źródłem i sterydem mojego życia. Tak jak bieg życia, tak również bieg w znaczeniu dosłownym jest doskonałym miejscem dla rozmyślania i kontemplacji. Również ćwiczeniem mięśni głowy. I serca.