Z o. Henrykiem Cisowskim OFMCap – dyrektorem Dzieła Pomocy św. Ojca Pio – o bezdomności, pomaganiu i roli osób duchownych rozmawia Piotr Piekart.

Piotr Piekart: Słyszymy czasem,  ze spośród wszystkich polskich miast najlepszą opiekę bezdomnym zapewnia Kraków. Czy to prawda i co to konkretnie oznacza? Jak wygląda sytuacja osób bezdomnych w naszym mieście?

o. Henryk Cisowski OFMCap: W Krakowie żyje około 2,5 tys. osób bezdomnych. Ich liczba najwyższa jest zimą. Latem wielu bezdomnych wyjeżdża stąd i zatrudnia się przy różnych pracach sezonowych. Wraz ze zbliżaniem się kolejnej zimy wracają do dużych miast, w których po prostu łatwiej jest przeżyć. Każde duże miasto jest miejscem dość przyjaznym dla osób bezdomnych. Czy Kraków tu przoduje? Trudno powiedzieć. Na pewno miasto to przyciąga ze względu na dużą koncentrację klasztorów, ale także swoją tradycję pomocową – możemy wymienić tu m.in. braci albertynów, siostry albertynki, MOPS… Trzeba przyznać, że to wszystko jest dość imponujące

 

Komu i w jaki sposób niesie pomoc Dzieło Ojca Pio?

Dzieło Pomocy powstało w 2004 r. jako odpowiedź na ten problem, jakim była cała rzesza osób przychodzących do nas – kapucynów –  po pomoc. Od ponad dziesięciu lat świadczyliśmy pomoc żywnościową, pomagaliśmy w wykupie leków, okazjonalnie dopłacaliśmy do czynszów. Później doszła też łaźnia. Potrzebujących było wielu, bowiem w latach 90., po transformacji ustrojowej i upadku licznych zakładów pracy, wielu ludzi z dnia na dzień znalazło się w bardzo trudnej sytuacji: bez pracy, bez mieszkania (mieszkali często w hotelach robotniczych), bez oszczędności… Właśnie wtedy pojawiła się bezdomność jako zjawisko społeczne na dużą skalę.

Tworząc Dzieło Pomocy postawiliśmy sobie ambitny cel, aby zrobić coś więcej niż dotychczas, tzn. nie tylko wspierać tych ludzi w zaspokajaniu ich podstawowych, bieżących potrzeb, ale też stworzyć takie warunki, abyśmy mogli pomagać im z tej bezdomności wychodzić. Dziś jesteśmy w stanie to robić. Każdemu, kto wyraża taką wolę i pragnienie możemy pomóc w znalezieniu pracy, mieszkania, uzyskaniu renty, zasiłku, rozwiązaniu jego problemów prawnych, w  wyrobieniu dowodu itd. Właśnie w tym celu, aby stworzyć całościowy system pomocy osobom bezdomnym, powstały centra – przy ul. Smoleńsk i przy ul. Loretańskiej.

Oczywiście przyjmujemy wszystkich bezdomnych, bo taka pomoc jak bułka i herbata, kąpiel, zmiana odzieży, fryzjer, podstawowa pomoc medyczna – to są rzeczy nie luksusowe, ale bardzo podstawowe. Tutaj nie ograniczamy nikogo: każdy, kto jest trzeźwy, kulturalny i zachowuje pewne zasady, może przyjść i skorzystać z pomocy. Jest to jednak pomoc bardzo, można powiedzieć, niskoprogowa. Jak mówię: nie zatrzymujemy się tylko na niej.

 

Jak rozumiem, jeżeli ktoś nie jest ukierunkowany na wyjście z bezdomności, ale chce jedynie przychodzić w nieskończoność po pomoc doraźną, też nie stawiacie granic?

Zgadza się: nikomu nie stawiamy granic w rodzaju: „Tylko 15 kąpieli, a potem musisz zacząć szukać pracy”. Myślę, że człowiek nie musi zasłużyć sobie na to, aby móc się wymyć, zmienić odzież i mieć jakąś podstawową opiekę medyczną. Każdy ma prawo, aby czuć się dobrze i wyglądać jak człowiek. Nie każdy jest od razu gotowy, aby zrobić duży krok w kierunku wyjścia z bezdomności. Przy różnych jednak okazjach do tego zachęcamy – mówimy: „Słuchaj: możemy ci pomóc jeszcze inaczej. Przyjdź”. Ta pomoc doraźna staje się czasami punktem wyjścia do czegoś więcej – w człowieku zaczynają budzić się pewne potrzeby, zaczynają pękać obecne w nim bariery lęku i nieufności, zaczyna on widzieć, że można inaczej; zaczyna też nam trochę ufać.

 

Gdy przechodzi się tutaj korytarzem do kuchni sióstr felicjanek, napotyka się na roll-up, który krzyczy do nas: „Nie jest prawdą, że bezdomność jest wolnym wyborem człowieka. To stereotyp”…

Istotnie, jest to wygodny stereotyp, który zwalnia wielu ludzi z myślenia o bezdomności w kategoriach jakiegoś współczucia, empatii, zaangażowania. Łatwo w jego świetle powiedzieć w duchu bezdomnemu: „Skoro chcesz tak żyć, to sobie tak żyj. Nie będę ci przeszkadzał. Zostaw mnie w spokoju”. Czasami zresztą sami bezdomni mówią, że „fajnie im się tak żyje” i że „tak sobie wybrali”, a my nieraz w to wierzymy. Kto jednak pozna ich historie przekona się, że za każdą z nich stoi jakiś dramat człowieka: samotność, bezradność, niemoc, krzywda… czasem też zło wyrządzone przez samego bezdomnego. Wiele z tych osób wychowało się w domu dziecka, wiele opuściło zakład karny i nikt na zewnątrz nie czekał, nikt nie dał im drugiej szansy, nikt się nimi nie interesował; wielu nie miało do kogo się zwrócić, gdy w życiu pojawiły się problemy, np. choroba.

Ulica to dramatyczny wybór. Bo pomyślmy: kto chciałby żyć na ulicy? Gdzie znajdzie się osoba, która powie: „to mi się podoba”? Zwłaszcza w naszym klimacie. Jest czasem takie złudzenie, że jeżeli człowiek pójdzie na ulicę, to tu się rozwiążą jego problemy. Podobnie jak niektórzy myślą, że jak się upiją, to problemy znikną. Jest to jednak właśnie złudzenie. Nic się nie rozwiązuje. Przeciwnie: wszystko się pogarsza. Ulica bardzo szybko niszczy człowieka, degraduje go, degeneruje. Żaden to wybór. Jest po prostu dramat człowieka, który sobie nie poradził. Bo też czasy mamy takie, że wszyscy muszą być szybcy, przebojowi, zaradni, energiczni, pomysłowi – nie każdy podoła, nie każdy da radę.

Warto tu dodać, że wielu z tych ludzi na ulicy jest bardzo inteligentnych, wielu skończyło wyższe studia. Niejednego jednak jakaś choroba czy zaburzenia psychiczne dyskwalifikują z życia zawodowego; gdy rodzina go nie chce i wstydzi się go, wówczas zostaje on sam ze wszystkimi problemami, a ulica staje się jedynym miejscem, które go przyjmie.

 

Czy obserwuje Ojciec, aby po otrzymaniu w Dziele prawdziwie chrześcijańskiego miłosierdzia Wasi podopieczni zbliżali się do Boga?

Wielu z nich to osoby religijne. Oczywiście ich wiara nie jest jakaś wielce teologiczna, głęboka, wyspekulowana; to jest taka wiara celnika: nie mają czym przed Bogiem zasługiwać, ale tego Boga bardzo szukają i za Jego miłością bardzo tęsknią. My im czasem pomagamy to przeżywać. Myślę, że nie jest do końca tak, że to my tych ludzi ewangelizujemy. Czasami to oni nas ewangelizują, gdy tak prosto patrzą na świat – prościej niż my. My na przykład, patrząc na to Dzieło, widzimy różne standardy, schematy, darczyńców. Oni widzą inaczej. Przykład: jedna pani wychodzi z łaźni i mówi do drugiej: „Zobacz jak ten Ojciec Pio nas kocha, jak się o nas troszczy”. Bezdomni mówią też: „Idź do Ojca  Pio”. Właśnie w ten sposób skracają sobie tę naszą nazwę. My – pracownicy – często mówimy inaczej: „Idę do Dzieła”. Bezdomni mówią: „Idę do Ojca Pio”. Mają takie patrzenie. Bezdomni doświadczają u nas przyjęcia jako ludzie – nie pomagamy im dlatego, że są dobrzy i pobożni – pomagamy im dlatego, że są w potrzebie. Nie pytamy o nic. Zresztą czasem nie są oni gotowi aby cokolwiek powiedzieć, są zupełnie zablokowani, milczą; czasem nawet okazują słowną agresję. Myślę, że jest to prawdziwe świadectwo Bożej miłości względem nich, które także nas uczy spotykania Chrystusa w ubogim.

Pamiętam jak kiedyś w dniu, w którym centrum było zamknięte, przyszedł ubogi, obszarpany mężczyzna. Myśleliśmy, że to jakiś natręt, że czegoś chce. Nalegał, abyśmy go wpuścili. Ulegliśmy. Co się okazało? Miał parę złotych i chciał wrzucić je do puszki jako jego ofiarę na ubogich. Jest między bezdomnymi poczucie solidarności. Gdy któryś z nich umrze, wszyscy inni się o tym szybko dowiadują i bardzo wielu z nich przychodzi na Mszę Świętą w jego intencji oraz o odprawienie Mszy prosi. Naprawdę nie jestem wcale przekonany, kto tu kogo ewangelizuje.

 

To teraz pytanie bardzo praktyczne: Jak się zachować, gdy zaczepia nas na Plantach bezdomny i prosi o pieniądze?

Mam mieszane uczucia. Gdy spojrzymy, na to wszystko, co w Krakowie dla osób bezdomnych się robi, zobaczymy, że naprawdę nikt tutaj nie ma prawa być głodny. Gdy ktoś mówi, że zbiera na jedzenie, to… przecież każdego dnia wydawanych jest w Krakowie ponad tysiąc ciepłych posiłków… albo i więcej. Przecież wiele zakonów wspiera w taki czy inny sposób osoby bezdomne.

W dzisiejszych realiach Krakowa, Polski, pieniądze dawane na ulicy nie są rozwiązaniem najlepszym – czasami utwierdzają one jedynie bezdomnych na tej drodze. Później bardzo ciężko jest ich z niej wyciągnąć – zwłaszcza inwalidów na wózkach, którzy czasem uzbierają na naprawdę bardzo dobre alkohole. Takie pomaganie bardziej pomaga mnie – dającemu – niż temu, który te pieniądze otrzymuje. Ja czuję dobry, ja się czuję wrażliwy… ale nie myślę o tym, czy rzeczywiście temu człowiekowi pomagam. Już lepiej zaangażować się w działanie jakiejś organizacji, poświęcić swój czas.

A gdy chodzi o samego spotkanego bezdomnego: myślę, że przede wszystkim powinniśmy popatrzeć na niego jak na człowieka. Nawet jeżeli wygląda kiepsko. Nawet jeżeli jest niekulturalny. Ważne, abyśmy umieli dostrzec w nim nie natręta, nie jakiegoś menela, żula, kogokolwiek, ale  byśmy zobaczyli w nim brata, człowieka, w którym Chrystus też cierpi. I żebyśmy nie myśleli w kategoriach „masz i odczep się ode mnie”. Ważne, abyśmy spojrzeli na niego inaczej, może nawet chwilę porozmawiali: „Słuchaj, zajrzyj tutaj, na Smoleńsk. Albo zajrzyj na Reformacką [znajduje się tam prowadzona przez kapucynów kuchnia dla ubogich – przyp. PP]. Przyjdź. Wiesz, tam ci pomogą” – a jak się boi, to może nawet warto by powiedzieć: „To chodźmy razem. Pójdę z tobą. Umówimy się któregoś dnia”. W każdy razie myślę, że, to potraktowanie człowieka jak człowieka jest ważne i czasem więcej znaczy niż ten pieniądz rzucony na odczepnego – te dwa złote, które zupełnie nie zmienią ani człowieka, ani jego życia, za to mogą być formą upokorzenia.

O wielu bezdomnych nie wiemy, że są bezdomni. Mieszkają w schroniskach, wyglądają dobrze, pracują; nigdy nie staną na ulicy. Czasem widzimy tych, którzy robią złą markę całej bezdomności: tych paru, którzy uczynili sobie z żebractwa sposób na życie i nie chcą nic zmieniać. Zawsze zapraszam ich do nas. Oni zresztą często dobrze wiedzą, że jest takie miejsce, ale z różnych powodów przyjść tu nie chcą. W takiej przypadku – cóż możemy zrobić? Człowiek jest wolny.

Jest też problem wiarygodności. Na ulicy nie jestem w stanie w stanie zweryfikować nic z tej historii, którą ktoś mi opowiada. Pamiętam jak kiedyś jedna pani prosiła o 50 zł, „bo dom jej się spalił”. Pytam: „Ale proszę pani, co to jest 50 zł? Niech pani poda adres, to przyjedziemy”. Podała – okazało się, że nie ma takiego adresu.

Ulica nie jest dobrym miejscem na pomaganie. Może w średniowieczu tak było, może gdyby nie ten bogacz, żebrak siedzący pod kościołem naprawdę umarłby z głodu. Dziś mamy jednak trochę inne realia. Naprawdę, nikt z bezdomnych w Krakowie z głodu nie umarł. Jeśli umierają, to z innych powodów.

 

W encyklice Deus Caritas Est Benedykt XVI wskazuje dwie błędne postawy wobec bezmiaru potrzeb: próbujący zaradzić wszystkim problemom aktywizm oraz bierność wynikająca z przeświadczenia o znikomym znaczeniu indywidualnych wysiłków. Czy na co dzień musi Ojciec zmagać się z tym pytaniem: Kiedy powiedzieć: stop?

Na pewno znamy swoje granice. Na pewno też robimy dużo, choć z pewnością można by robić więcej. Ogrom potrzeb, wyzwań, przed którymi stajemy, rzeczywiście czasami przytłacza i pamiętam takie sytuacje, kiedy nasi ludzie  mdleli ze stresu czy przepracowania, kiedy sami zaczynaliśmy się o nich bać.

Czasami jesteśmy bezradni. Czasami ktoś ginie na naszych oczach i odmawia przyjęcia pomocy. Jeden pan odszedł od nas, mimo że włożyliśmy bardzo wiele wysiłku w to, aby go z tej ulicy wyciągnąć; był w schronisku i uciekł z niego; zmarł 3 miesiące później na ulicy. Zrobiliśmy wszystko, co mogliśmy. Cały zespół był zaangażowany dla tego jednego człowieka, a on tę pomoc odrzucił… Myślę, że było warto. Myślę, że przez te ostatnie miesiące życia miał jakieś poczucie, że komuś na nim zależy, że dla kogoś jest ważny. Mimo że wszyscy już postawili na nim krzyżyk.

Czy grozi nam aktywizm? Myślę, że nie. Myślę, że Pan Bóg wpisuje w nas pewne mechanizmy kontrolne; czasami brakuje już siły i człowiek musi się zatrzymać i powiedzieć: „Stop. Chciałbym zrobić jeszcze to i tamto, ale już nie dam rady”. Na pewno nie bierzemy na siebie całej ludzkiej biedy. Pamiętamy też, że nie jesteśmy jedynymi, którzy pomagają. Wnosimy swój wkład.

Łączymy też aspekt duchowy z cielesnym. Tutaj od początku Ojciec Pio jako patron wskazuje nam także pewien model pomocy…

 

To dobry moment aby przejść właśnie do pytania o patrona. Ojca Pio zwykle kojarzymy jako słynnego stygmatyka i surowego spowiednika, nie zaś jako troszczącego się o potrzeby najuboższych. Dlaczego właśnie on został wybrany patronem Dzieła?

Dla nas akurat wybór ten był bardzo oczywisty. Gdy zakładaliśmy Dzieło, od razu wiedzieliśmy, że tak właśnie będzie się ono nazywało. Mogę wymienić co najmniej trzy powody. Pierwszy: jest to nasz współbrat, kapucyn. Drugi: był świeżo kanonizowanym świętym – kanonizowano go w 2002 r., Dzieło powstało w 2004 r. Trzeci: potrafił łączyć różne wymiary troski o człowieka, troszczył się o człowieka całego. Był spowiednikiem, pochylał się nad ludzkim grzechem, ale z drugiej strony był inicjatorem budowy jednego z bardziej nowoczesnych szpitali we Włoszech dzisiaj – Domu Ulgi w Cierpieniu. Sam bardzo cierpiał. Mógł powiedzieć innym: „Słuchajcie: wszyscy musimy znosić cierpienia. Poddajcie się woli Bożej. Popatrzcie na mnie – jak ja cierpię”. To jego cierpienie nie pozbawiło go jednak wrażliwości na to ludzkie cierpienie w wymiarze fizycznym. To łączenie troski o ciało i o ducha jest dla niego bardzo znamienne. I tego się od niego uczymy: że człowiek to nie tylko miska, ciuch i mydło, ale ma on też i wymiar duchowy. Nie samym chlebem żyje człowiek i to się odnosi też do bezdomnych. Stąd mamy grupę biblijną, mamy rekolekcje dla osób bezdomnych, jest  katecheza przed świętami, przeżywanie świąt – Wielkanocy czy Bożego Narodzenia. Jest to dla nas ważne i staramy się o to dbać. Ojciec Pio to łączy, spina w jakąś całość.

 

Dzieło jest dowodem na to, że caritas może iść w parze z profesjonalizmem. Nikt jednak nie staje się profesjonalistą od razu. Na co w tej perspektywie powinniśmy szczególnie zwrócić uwagę my, przygotowujący się do niesienia pomocy ludziom?

Myślę, że nie każdy musi być profesjonalistą w pomaganiu. Takie dzieła jak Dzieło Pomocy św. Ojca Pio, Caritas i inne instytucje –  są to dzieła Kościoła. I myślę że każdy z nas może czuć się dumnym z tego powodu i czuć się częścią tego dzieła, które wspiera w różny sposób: materialnie, modlitewnie, jako wolontariusz… Sytuacja jest podobna jak z wyborem siedmiu diakonów: wspólnota Kościoła deleguje pewnych ludzi do profesjonalnej posługi ubogim. Każdy ma swoje miejsce w Kościele.

Kościół jest tak genialnie zorganizowany, że jest wspólnotą wspólnot. Wspaniałe możliwości pomocy daje wspólnota lokalna – parafia. Parafia umożliwia to, co dla nas jest trudne – poznanie ludzi. Zupełnie inaczej szuka się rozwiązań, gdy zna się tego, komu się pomaga, a nie bazuje się jedynie na opowiedzianej przez niego historii. Dobrym przykładem jest tutaj parafia ewangelicko-augsburska na ul. Grodzkiej. Posiada ona fundusz, z którego opłaca ludzi, którzy troszczą się o starszych i chorych ze wspólnoty.

Myślę, że profesjonalizm tej konkretnej pomocy świadczonej na poziomie parafii polega na tym, że przestajemy być anonimowi. Często mówimy o ludziach „bracia i siostry”, ale czy naprawdę coś to dla nas znaczy? To są po prostu nasi parafianie. Zmieńmy to. Poczujmy się trochę właśnie jak bracia i siostry. Inspirujmy ludzi do wrażliwości jeden na drugiego, do budowania więzi samopomocy. Przykładowo, jedziecie na wakacje z dziećmi – weźcie dziecko sąsiadów, które inaczej nigdzie nie pojedzie. Ale w taki sposób, aby go nie upokorzyć, przyjąwszy protekcjonalną postawę: „Ty jesteś biedny, to my ci zafundujemy wakacje”; lepiej powiedzieć: „Jedziemy na wakacje i mamy jedno miejsce wolne – może by dziecko z nami pojechało?”. Można to różnie zorganizować.

Parafia daje ogromne możliwości do docierania do człowieka rzeczywiście potrzebującego i mobilizowania tej małej społeczności do aktywności. Nie musimy szukać jakichś funduszy unijnych, nie musimy robić nie wiadomo czego – my sami sobie jakoś poradzimy, ważne tylko, aby jeden na drugiego był otwarty. To jest też rola kapłana, aby być animatorem tej społeczności. Dobrze też by było, abyśmy jako księża nie dystansowali się od ubogich naszym stylem bycia. Papież Franciszek nas tu trochę wszystkich tłucze po głowach i uwrażliwia nasze sumienia, żebyśmy się nie oddzielali od ludzi ubogich, nie zapominali, że to jest też część Kościoła, część Ciała Chrystusa. Jest to jakimś wyzwaniem dla nas.

 

Dziękuję. Jeżeli Ojciec chciałby jeszcze  wygłosić jakieś słowo końcowe, apel do kleryków, to oddaję Ojcu głos.

Zapraszamy. Wolontariat – także w okresie seminaryjnym – jest bardzo przemieniającym, inspirującym i otwierającym oczy na drugiego doświadczeniem bliskości z ludźmi ubogimi. Nie muszą to być duże ilości czasu, nie musi to być też co tydzień. Mogą to być na przykład dwie godziny raz na dwa tygodnie.

Czasami robimy różne rzeczy, marnujemy różnie czas, a to jest taki sposób oddania tego mojego czasu w sposób, który będzie bardzo owocował również w moim przeżywaniu wiary, moim patrzeniu na człowieka ubogiego. Poznaję go wtedy zupełnie inaczej.

Jeden z naszych braci, kapłan, ojciec duchowny w naszym seminarium, przyszedł teraz tutaj strzyc bezdomnych. Mówi, że przeżywa tu swoje rekolekcje. Tak wiele mu to daje.

Myślę, że warto pomagać w ramach jakiejś instytucji. Tutaj nawet jeżeli skończą mi się wakacje czy z innych powodów będę musiał przestać przychodzić – to moje działanie będzie kontynuowane, struktura pomocy będzie działać dalej.

Dodam, że obecność osoby duchownej jest tutaj bardzo przemieniająca. Gdy jest obok jakaś osoba duchowna, bezdomni zachowują się zupełnie inaczej niż wtedy, gdy jej nie ma. Nasze panie mówią: „Dajcie nam habity, bo panowie są do razu grzeczni”. Wystarczy, że przyjdzie jakiś brat i już od pierwszego dnia oddziałuje na całość, czego nasi świeccy po prostu nie są w stanie zrobić. Tak że to jest bardzo owocne i pomocne dla wszystkich.

Zapraszam. Jeśli ktoś poczuje takie przynaglenie w sercu, zajęcia mu na to pozwolą i przełożeni się zgodzą – warto, aby się zaangażował. Niekoniecznie nawet przez bardzo długi okres, ważne jednak, aby nie było to jednorazowe przyjście. Dobrze jest wejść w pewien rytm, wtedy ma to dużo większy sens.

 —

o. Henryk Cisowski – ur. 1966 r., pochodzi z Nowej Soli (lubuskie), kapucyn, od 23 lat kapłan, pracował na parafii we Wrocławiu, ukończył licencjat na Papieskim Instytucie Biblijnym w Rzymie, wykładowca w WSD Kapucynów w Krakowie, od 2004 roku zaangażowany w tworzenie i pracę Dzieła Pomocy św. Ojca Pio w Krakowie.