Powołanie jak to napisał święty Jan Paweł II jest darem i tajemnicą. Jak to jest, że człowiek czuje w sobie jakiś wewnętrzny głos mówiący: „Pójdź za mną”? O to między innymi zapytaliśmy człowieka, którego można śmiało okrzyknąć mianem „specjalisty” w dziedzinie powołań, gdyż pełnił w swej kapłańskiej posłudze funkcje najbliżej tej wielkiej tajemnicy.

 

Marcin Stopka: Jaka jest najlepsza definicja słowa „powołanie”?

Bp Roman Pindel: Dla czytelnika NTL wydaje się, że należy połączyć dwie uzupełniające się definicje. Pierwsza zwraca uwagę na uzdolnienia posiadane przez danego człowieka, druga podkreśla odkrycie i przyjęcie przez człowieka powołania do określonego sposobu życia chrześcijańskiego. Bez pierwszego rodzaju powołania, czyli bez odpowiednich zdolności, talentów, czy sprawności, nie jest w ogóle możliwe przyjęcie i podjęcie powołania, które by miało pochodzić od Boga. Bóg nie żąda rzeczy niemożliwych, a człowiek niech się nie waży podejmować takiego powołania. To o kapłaństwie pisze autor Listu do Hebrajczyków: „I nikt sam sobie nie bierze tej godności, lecz tylko ten, kto jest powołany przez Boga, jak Aaron” (Hbr 5, 4).

Z drugiej strony posiadanie wielu wspaniałych odpowiednich uzdolnień i talentów dla danego rodzaju powołania, ale bez wolnej decyzji człowieka, i bez trwania w tej decyzji aż do śmierci, nawet najlepiej zapowiadające się powołanie nie będzie zrealizowane. Świetnie ujmuje to poeta, pisząc: „uczyniwszy na wieki wybór, w każdej chwili wybierać muszę”.

 

Wielu pyta, czy to jest możliwe, że to właśnie mnie, takiego niedoskonałego powołuje Bóg?

W takiej samoocenie może nieraz kryć się spora doza pychy, kokieteria, czy oczekiwanie, że ktoś powie coś przeciwnego. Tymczasem trzeba po prostu stwierdzić, że nikt nie jest godny do tego, by zasłużyć, czy podjąć powołanie, którym obdarza go Bóg. Trzeba sobie powiedzieć: także ja nie jestem godzien, także z moich osobistych powodów. To jednak ma wzbudzić tym większą wdzięczność Bogu w przyjęciu i podjęciu powołania. Poważne potraktowanie faktu osobistej niegodności w obdarowaniu powołaniem sprawia, że człowiek bardziej liczy na Boga i Jego łaskę, mniej zaś na swoje siły. I tak ma być. Z tym, że licząc na łaskę, trzeba ze swej strony czynić wszystko co konieczne, by sprostać wymaganiom powołania, tak jakby łaski mogło nie być, albo nie była ona dostrzegana, nawet przez dłuższy czas.

 

Z jednej strony czuję, że chciałbym być księdzem, ale z drugiej świat podpowiada zupełnie coś innego, oferując wygodne i spokojne życie. Jak pokonać ten dysonans?

Musi być napięcie między przekonaniem, że to Bóg mnie powołuje, a poczuciem, że z czegoś muszę zrezygnować, coś opuścić i to bezpowrotnie. Pójście za głosem powołania musi kosztować i zawiera w sobie zawsze element ryzyka. Nie można zachować ciastko a równocześnie zjeść ciastko. Nie ma mowy o powołaniu, gdy ktoś nie godzi się na trud i niepewność. Modlitwa, spotkanie w słowie Bożym z Powołującym, a także swoiste „zważenie” wartości życia bez podjęcia jakiegokolwiek powołania i takiego, w której decyduję się oddać Jezusowi swoją wolność i swoje osobiste plany, to pozwoli na decyzję i zgodę na realizację Bożego zamiaru wobec mojego życia.

 

Jaki jest najważniejszy proces, który powinien przeżyć człowiek w czasie swojego pobytu w Seminarium?

Najważniejszy proces, który musi się dokonać w seminarium określiłbym słowem „nawrócenie” w sprawie powołania. Nawrócenie w rozumieniu „zmiana myślenia”. Powołanie zawiera takie komponenty jak przyjęcie i zaakceptowanie zaproszenia ze strony Jezusa, opuszczenie dotychczasowego sposobu życia, a wreszcie przyłączenie się do uczniów Jezusa. Idzie o to, by powołany opuścił dotychczasowe myślenie o powołaniu, jak rybacy znad Jeziora Galilejskiego musieli przestawić się z umiejętności łowienia ryb na nową sztukę pozyskiwania uczniów Jezusa. Idzie o to, by pozostawić, i to tak, by nie być przywiązanym do tego, co stanowiło środowisko, sposób życia i plany życiowe, a pójść w nieznane, tam dokąd Chrystus będzie prowadził. Pójście zaś za Chrystusem polega na codziennym dostosowywaniu myślenia, działania i wartościowania do tego, co jest przez Niego proponowane.

 

Ojciec duchowny, rektor seminarium, biskup diecezjalny, pełnił ksiądz biskup wszystkie te funkcje. W której z nich można być najbliżej tajemnicy powołania?

Myślę, że jednak ten styk głosu Wołającego i odpowiedzi Powołanego najbardziej dostrzega spowiednik i ojciec duchowny. On ma największy przystęp do tego, co ostatecznie jest tajemnicą, a co powierza się osobie, do której ma się zaufanie. Trudne, radosne i przełomowe momenty przeżywania powołania przedstawia się najczęściej właśnie ojcu duchownemu.

 

Zna ksiądz biskup doskonale idee Niedzieli Powołań, czy przynosi ona oczekiwane efekty?

Niedawno przyszło do mnie dwóch kapłanów z licznego grona duchownych pochodzących z Łodygowic. Przedstawiali sprawę podjęcia procesu beatyfikacyjnego długoletniego proboszcza ich parafii, za którego to zdecydowało się wstąpić do zakonu lub do seminarium diecezjalnego wyjątkowo wielu młodych ludzi. Na końcu naszej rozmowy jeden z nich przywołał odpowiedź ks. Marszałka na pytanie o to, jaka akcję powołaniową stosuje, że tylu młodych ludzi z grona ministrantów tej parafii decyduje się  wybrać drogę powołania kapłańskiego lub zakonnego. Odpowiedź była zdecydowana: „Jaką akcję! Trzeba się modlić!” Jeżeli Niedziela Powołań jest czasem modlitwy, to muszą się spełnić słowa Ewangelii: „Proście Pana żniwa, by posłał robotników na żniwo Swoje”.

 

I na koniec jeszcze jedno pytanie…dlaczego warto zostać księdzem?

Pewnie jest wiele powodów, ale jeden z nich opiera się na słowach Jezusa: „Już was nie nazywam sługami, ale przyjaciółmi”. Słowa te zostały skierowane do uczniów Jezusa, a dziś odnoszą się na pewno do współcześnie żyjących Jego uczniów, którzy idą drogą powołania kapłańskiego. Zawierają one niezwykła obietnicę, ale pod pewnym warunkiem. Jezus ze swojej strony wyciąga rękę do powołanego, by zechciał być Jego przyjacielem. Będzie nim, gdy wejdzie w relację przyjaźni z Jezusem i będzie żył jak Jego przyjaciel. Jeżeli zrezygnuje z bycia przyjacielem, pozostanie tylko sługą, który nie docenił przyjaźni z kimś takim jak Jezus.

 

Marcin Stopka