Warto sięgać do przykładów tych, którzy odważyli się bezkompromisowo pójść za wezwaniem Bożym – przykłady pociągają i uświadamiają, że możemy zrobić coś więcej dla Pana!

W starożytności chrześcijańskiej żyli ludzie, którzy opuścili wszystko i udawali się na egipskie pustynie aby tam w ciszy i samotności szukać Boga. Cisza była dogłębna…samotność również sprzyjała…ale okazało się że na tej pustyni towarzyszył im diabeł. Ci, którzy poszli szukać Boga musieli się mocno mierzyć z pokuszeniami diabła… I tutaj odsłania się temat tego rozważania – wytrwanie w powołaniu…

Myślę, że coś podobnego, jak wspomnianych ojców pustyni, dotyka każdego powołanego do służby Panu Bogu w kapłaństwie czy życiu konsekrowanym (dalej w tym znaczeniu będę posługiwał się tylko słowem powołanie). Wybierając się w drogę z domu rodzinnego kandydaci są pełni ideałów, żarliwego zapału…kiedy zaś przekroczą mur seminarium czy klasztoru może się okazać, że to miejsce nie jest “niebem na ziemi”, nie jest wspólnotą świętych ale bardziej grzeszników dążących do świętości… I właśnie to dążenie jest ogromnie ważne – bo powołanie jest drogą za Jezusem – wedle powołaniowych słów Ewangelii: Pójdź za Mną!

Już samo to wezwanie “ustawia” pewien rytm pokonywania drogi powołania – nie mam w porywie pierwszej gorliwości wyprzedzać Jezusa, czyli jak to kolokwialnie mówimy – “być bardziej papiescy niż sam papież”…ale również nie wolno mi stracić Jezusa z oczu… I w jednym, i w drugim wypadku łatwo się zgubić samemu – bo tylko Jezus prowadzi powołanego tak jak trzeba, tam gdzie trzeba i w tempie jakiego każdy potrzebuje…

Oprócz kierunku i tempa nadawanego przez Jezusa potrzeba ze strony samego zaproszonego na drogę powołania długofalowego zaangażowania… A to jest w dzisiejszym świecie cecha deficytowa… Chcąc nie chcąc żyjemy w kulturze tymczasowości – coraz częściej wybory dotąd określające nasze życie stają się warunkowe: małżeństwo “do pierwszej kłótni”… rodzina na kilka lat… mieszkanie póki się nie znudzi… W takiej kulturze nie jest łatwo podjąć decyzje na całe życie – a taką również jest odpowiedź na powołanie kapłańskie czy zakonne. Pewna “kulturowa” niezdolność do trwałego decydowania objawia się w tym oddalaniu decyzji na bliżej nieokreślone “potem” – i mamy kawalera czy pannę żyjących z rodzicami w domu, mamy wiecznych “narzeczonych” bo spotykają się ze sobą 5 lat, 8 lat a ponieważ żyją już jak mąż z żoną to tyle wystarczy…ale widać jakby obawiali się podjąć decyzji o założeniu rodziny!

Kiedyś mówiło się, że mężczyznę określa “spłodzenie syna, zbudowanie domu i posadzenie drzewa”. Zauważmy, że te postawy są zakorzenianiem się człowieka – rodzicielstwo nie jest przejściowe, to odpowiedzialność na całe życie! Domy (przy pewnych problemach finansowych) dzisiaj się wynajmuje, bo to większa wolność – łatwiej się przeprowadzić i zmienić miejsce życia. Co do drzew 🙂 cóż, dzisiaj panuje moda na ładne, pachnące roślinki, kwiatuszki, najlepiej takie które same o siebie zadbają. Bez głębokich korzeni – nie wiążemy się…

Może to spostrzeżenie nie jest najtrafniejsze, ale coś mówi o przemianach, jakie zachodzą w społeczeństwie i dotykają również grupy powołanych przez Boga.

Jak zatem sobie poradzić z trudnościami na drodze powołania kapłańskiego?

  • z realizmem odczytywać Ewangelię(!) Jezus w żadnym jej miejscu nie obiecuje “nieba na ziemi”, wręcz przeciwnie jedyne hasło powołaniowe Jezusa brzmi: Jeśli kto chce iść za Mną, niech się zaprze samego siebie, niech co dnia bierze krzyż swój i niech Mnie naśladuje! (Łk 9,23) Zatem mamy w tej zachęcie:
    • kroczenie za Jezusem ,
    • zapieranie się samego siebie, czyli walkę ze swoimi przypadłościami, nawet tymi pobożnymi (bo przecież Pan Jezus nie daje ekspresowego wzrostu – to zawsze jest proces dojrzewania),
    • wezwanie do codziennego dźwigania krzyża swojego – a więc tego, który Bóg mi daje tu i teraz a nie tego, który sam sobie chcę wymyślić! Krzyż codzienności jest zbawiennym ciężarem, który pomaga nam wzrastać w Bożym tempie, pod warunkiem że jest odważnie podejmowany!
    • mamy w końcu zaproszenie do naśladowania Jezusa – nie chodzi o kopiowanie świętych w pierwszym zapale gorliwości… Święci również skupiali się na Jezusie i zżywając się z Nim w swej codzienności odkrywali na swój sposób drogę do świętości. Dlatego, chociaż czytali tę samą Ewangelię tak różnie postrzegali ścieżki do Boga – i każda z nich została potwierdzona ich świętym życiem!
  • wspomniałem już o realizmie Ewangelii, do tego potrzeba też porady kogoś, kto taką drogą powołania kroczy i ma za sobą lata doświadczenia aby nam pomógł popatrzeć na to jaki etap drogi przeżywamy – stąd mowa w Kościele o kierownictwie duchowym, nie o sama spowiedź chodzi ale o dzielenie się swoim osobistym przeżywaniem relacji z Panem Bogiem i tymi wszystkimi sprawami, które termu towarzyszą…
  • wytrwanie potrzebuje samozaparcia. Cóż, znowu nie najlepszy przykład, ale może mocno obrazowy – oglądaliśmy pewnie jakiś film ze sztukami walki. Aby osiągnąć mistrzostwo trzeba wytrwale, codziennie ćwiczyć do znudzenia, nie raz gesty wydawałoby się nie mające wiele wspólnego z walką. Ta powtarzalność ćwiczeń wyrabia w człowieku potrzebne zdolności na czas walki. Podobnie z naszą duchowością – wierność w codziennym pielęgnowaniu modlitwy, uczynków miłości i miłosierdzia, spotkania z Bogiem i człowiekiem, nasze przeżywanie samotności wieczoru, nasze “recepty” na nudę, nasze sposoby rozrywki – to wszystko układa się w jedną całość. Mogę budować moją tożsamość powołanego a mogę robić krok do przodu ( na modlitwie) i kilka kroków wstecz (żyjąc zupełnie czym innym przez cały dzień).

W kontekście samozaparcia i wierności w powołaniu pomyślmy o przykładzie życia Jezusa… Według danych Ewangelii przeżył trzydzieści lat w domu rodzinnym, podejmując kilkanaście lat pracę w zawodzie cieśli…wszystko to po to aby wyruszyć na misję zbawienia świata w trzy lata… Dziesięć razy więcej czasu Jezus spędził w szarej codzienności życia… I to nie był czas zmarnowany…czas bez wpływu na późniejszą misję! Więc i my – czy w seminarium, czy już po seminarium, a może myśląc o wstąpieniu na drogę powołania – nie łudźmy się, że jest czas wolny (na “róbta co chceta”) i czas konieczny (dla wypielęgnowania powołania). Wszystko może nas ukierunkować do Boga i wszytko może nam w tej drodze przeszkodzić. Potrzebujemy zatem roztropnej stałości – i tak jak pielęgnujemy rośliny, tak potrzeba pielęgnować owo ziarno powołania… Może żeby się zmotywować kup sobie kwiatek i zadbaj o niego – a czyniac to, myśl o tym jak dbasz o powołanie?

Cytując mnicha pustyni: “Jak drzewo nie może przynosić owocu, jeśli często jest przesadzane, tak i mnich często zmieniający miejsce nie osiągnie owocu”.

Nie ulegaj tymczasowości ale bądź wierny…i podlewaj swoją motywację Słowem Bożym:

1 Synu, jeżeli masz zamiar służyć Panu,
przygotuj swą duszę na doświadczenie!
2 Zachowaj spokój serca i bądź cierpliwy,
a nie trać równowagi w czasie utrapienia!
3 Przylgnij do Niego, a nie odstępuj,
abyś był wywyższony w twoim dniu ostatnim.
4 Przyjmij wszystko, co przyjdzie na ciebie,
a w zmiennych losach utrapienia bądź wytrzymały!
5 Bo w ogniu doświadcza się złoto,
a ludzi miłych Bogu – w piecu utrapienia1.
6 Bądź Mu wierny, a On zajmie się tobą,
prostuj swe drogi i Jemu zaufaj!
      

(Syr 2, 1-6)

o. Dawid Leśniak

Komentarze są wyłączone, ale trackbacki i pingbacki są włączone.