Świadectwo powołania

Wyjątkową drogę życia, którą jest powołanie kapłańskie, zawsze poczytywałem jako łaskę i szczególne wezwanie dane człowiekowi przez Boga, które wymaga zaangażowania. Tak samo jak ziarno potrzebuje żyznej gleby i wody, by wydać plon, tak Boże wezwanie wymaga poświęcenia młodego człowieka, by przyniosło w przyszłości zamierzone owoce.

Kiedy myślę o swoim powołaniu, zawsze bliskie i ważne są dla mnie słowa Jezusa z Ewangelii wg św. Jana, które są wypisane w prezbiterium naszej kaplicy seminaryjnej: „Nie wyście mnie wybrali, ale ja was wybrałem i przeznaczyłem was na to, abyście szli i owoc przynosili i by owoc wasz trwał.”

Z powyższymi słowami utożsamiam czas sprzed wstąpienia do seminarium, a teraz także okres formacji. Ten powszechnie znany fragment Ewangelii jest mi wyjątkowo bliski, ponieważ odzwierciedla moje wewnętrzne przeżycia, wpierw małego chłopca, później licealisty, a w końcu alumna Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie. Pragnienie wstąpienia do seminarium i zostania księdzem dojrzewało we mnie przez długi czas, lecz do końca nie wierzyłem, że podejmę to wezwanie, gdyż nie czułem się godny oraz na tyle pewny, by podjąć tak trudną, choć i piękną decyzję. Bardzo pomocną w tym czasie rozeznawania, zwłaszcza, kiedy byłem uczniem szkoły średniej, okazała się przede wszystkim modlitwa, ale także pomoc bliskiego mi księdza, który znał moje przemyślenia. Ten kapłan uświadomił mi dosadnie, że to Bóg wybiera, On powołuje, On daje wezwanie, On przeznacza i gdy odpowiem i postąpię według Jego woli, z pełnym zaufaniem, to wszystkie inne sprawy przestają mieć tak naprawdę znaczenie, ponieważ Bóg się nimi zajmie.

Z tą świadomością, po zdaniu egzaminu maturalnego, podjąłem decyzję, że wstąpię do seminarium. Było to dla mnie i mojej najbliższej rodziny wielkie przeżycie, gdyż wiedzieliśmy, że moje dotychczasowe życie się zmieni. Każdy taki wybór wymaga odwagi i pełnego zaufania Bogu.

Tym sposobem, po odbyciu odpowiednich rozmów i złożeniu dokumentów, zostałem przyjęty do naszego seminarium. Aktualnie jest alumnem pierwszego roku. Czy jestem szczęśliwy? Z pełną świadomością mogę powiedzieć, że tak. Czy zostanę księdzem? Nie wiem. Przede mną bowiem jeszcze kilka lat rozeznawania, ale pragnienie kapłaństwa, które odkryłem jako 13-letni chłopak jest nadal w moim sercu i dzięki formacji seminaryjnej mogę je pielęgnować.

Chciałbym na końcu zachęcić każdą osobę, która nosi w swoim sercu wątpliwości i zastanawia się, czy kapłaństwo jest właściwą drogą, by nie bała się spróbować i podjąć decyzji wstąpienia do seminarium. Uważam, że jest to odpowiednie miejsce, gdzie będzie można, przy pomocy łaski Bożej, spokojnie rozwiać wszelkie wątpliwości.

kl. Eryk Wójcicki, rok I

Historia powołania

Mam na imię Dominik. Pochodzę z rodziny katolickiej. Zarówno moja mama, jak i mój tata wychowywali się w rodzinach wierzących. Mam dwójkę młodszego rodzeństwa – siostrę i brata.

Od momentu, kiedy skończyłem dziewięć lat należałem do Liturgicznej Służby Ołtarza w mojej rodzinnej parafii, gdzie stale się udzielałem, najpierw jako ministrant, a potem jako lektor. Było to środowisko, w którym zdobyłem wielu przyjaciół i po prostu dobrze się czułem. Moja rodzinna parafia nigdy nie była specjalnie obfita w powołania kapłańskie lub zakonne, chociaż kilku księży i zakonników z niej pochodzi. Moje dzieciństwo z całą pewnością było dobre i pełne chwil, do których chętnie wracam. Zawsze uchodziłem za towarzyską i wesołą osobę, która widząc problem, stara się go rozwiązać.

Swoją pobożność wykształciłem w rodzinnym domu, w którym, odkąd pamiętam był duży kult Matki Bożej. Rodzice zawsze stawiali nacisk na życie zgodne z wartościami chrześcijańskimi, a swoją małżeńską miłością zawsze byli wzorem dla mnie i rodzeństwa. Z księżmi pracującymi w parafii zawsze pozostawałem w przyjaznych i życzliwych relacjach, i śmiało mogę powiedzieć, że oni również mieli wpływ na moje życie duchowe. Swoim życiem i przykładem zawsze pokazywali mi piękno życia kapłańskiego.

Nie potrafię wskazać jednego momentu, który zaważyłby na moim pragnieniu wstąpienia do seminarium, jednakże ogromny wpływ na mnie miały Światowe Dni Młodzieży, odbywające się w Krakowie. Miałem wówczas 18 lat, a w mojej głowie zrodziła się myśl: „A może zostałbym księdzem?”. Początkowo uważałem, że ta myśl szybko mi przejdzie. W dalszym ciągu prowadziłem życie normalnego chłopaka, jednak „wołanie” było coraz głośniejsze – im bardziej starałem się zająć swoją głowę i czas obowiązkami, tym bardziej nie mogłem zaznać spokoju ducha. Po upływie sześciu miesięcy stwierdziłem, że nie jestem już w stanie dłużej być sam z tymi myślami. Pewnego dnia zapytałem więc zaprzyjaźnionego księdza, który był opiekunem Służby Liturgicznej czy jego zdaniem ja nadaję się na księdza? Na jego twarzy szok mieszał się z radością. Udzielił mi kilku cennych rad, z których najcenniejszą była ta, żebym póki co starał się żyć wciąż jak człowiek w moim wieku, a Bóg pokaże co dalej.

Następną osobą, z którą postanowiłem się podzielić moimi zamiarami był ksiądz proboszcz. Przyznał, że wcale nie jest zaskoczony, ponieważ widział, że coś się ze mną w ostatnim czasie dzieje – sporo przesiaduję w kościele i ciągle chodzę zamyślony.

Zdając maturę w roku 2018, byłem niemal pewny, że chcę wstąpić do seminarium, nie wiedziałem jednak czy chcę to zrobić od razu po zakończeniu szkoły, czy może dać sobie rok przerwy i spróbować sił na innych studiach. Początkowo złożyłem papiery na studia związane z architekturą i pomimo tego, że dostałem się, nadal czułem, że chcę czegoś innego. Postanowiłem umówić się na rozmowę wstępną do seminarium i tym samym rozwiać moje wątpliwości. Po dłuższej rozmowie z księdzem rektorem nabrałem przekonania, że chcę pójść tą drogą.

Najtrudniejsze było powiedzenie rodzicom. Ciągle czekałem na odpowiedni moment, ale w końcu postanowiłem im powiedzieć. Mama i tata byli bardzo zaskoczeni, chociaż później sami mówili, że domyślali się tego przez ostatni rok, ale nie chcieli mi nic mówić, żebym nie kierował się ich opinią.

W czasie wakacji o moich planach poinformowałem resztę rodziny i przyjaciół. O ile lekko bałem się ich reakcji, o tyle ku mojemu zaskoczeniu spotkałem się z bardzo pozytywnym odbiorem ze strony każdego człowieka.

Do seminarium wstąpiłem w roku akademickim 2018/2019. Aktualnie jestem alumnem II roku. Nie wiem, gdzie zakończy się moja droga, ale wiem, że jakikolwiek będzie miała koniec – to Pan Bóg zaprowadził mnie do seminarium i chcę realizować Jego plan wobec mnie i wtedy na pewno będę szczęśliwy.

kl. Dominik Bucki, rok II

Moja droga

«Zanim ukształtowałem cię w łonie matki, znałem cię, nim przyszedłeś na świat, poświęciłem cię, prorokiem dla narodów ustanowiłem cię» (Jr 1,5).

Zgodnie ze słowami Pisma Świętego wszystko zaczęło się dużo wcześniej, zanim przyszedłem na świat. Pan Bóg zaplanował mnie, tak, jak każdego człowieka, już przy stworzeniu swojego dzieła, jakim jest świat. Po moim narodzeniu wszystko układało się jak powinno. Włączenie do wspólnoty Kościoła przez Chrzest, przyjęcie Pierwszej Komunii oraz późniejszy sakrament bierzmowania, które miały miejsce w mojej rodzinnej parafii. Jako dziecko niczym się nie wyróżniałem, nie urodziłem się w ornacie, nie mówiłem językami. Można by powiedzieć, że byłem taki jak wszyscy. Pierwsze wewnętrzne poruszenia zaczęły się, gdy miałem czternaście lat, czyli trochę przed bierzmowaniem. Powiedzieć można, że to, co się stało, było trochę śmieszne, ale prawdziwe. Podczas pewnego spotkania z księdzem dobrze mi znanym, wylądował mi na głowie jego biret. Słowa, które powiedział, jak i cała zaistniała sytuacja, tkwią w mojej głowie do dziś. Ja nie wiedziałem co się dzieje, czułem, że coś dziwnego miało miejsce, a w tle usłyszałem słowa: Pasowałoby ci”. Zacząłem się śmiać, pomyślałem sobie, no przecież to niemożliwe, gada coś głupiego. Ale te słowa jakoś we mnie zaczęły pracować. Pierwsza reakcja odrzucenia z czasem stawała się codziennym rozmyślaniem nad tym, czy to w ogóle byłoby możliwe. I tak się zaczęło. Z prostego gestu. To dało początek moim poszukiwaniom. Szperałem w Internecie w poszukiwaniu informacji dotyczących kapłaństwa, seminarium, zakonu. Oprócz tego był to również czas mojego osobistego zbliżenia się do Kościoła. W szkole brałem udział w konkursach religijnych, w parafii zaangażowałem się w oazę, uczestniczyłem w Eucharystii częściej niż tylko w niedziele. Powoli poprzez coraz bardziej żywy udział w życiu lokalnego Kościoła zapoczątkował się we mnie rozwój duchowy. Potrzebowałem czegoś więcej niż tego tak zwanego ,,niedzielnego katolika”. Do ręki wziąłem różaniec, Pismo Święte. To, co robiłem, coraz bardziej dawało mi wewnętrzną radość i ukojenie. Sprawiało, że moje poszukiwania własnego miejsca na ziemi stawały się coraz częstsze. Początkowo mając kontakt z pewnym zakonem, myślałem o pójściu w tę stronę. Ale potoczyło się inaczej. Na swojej drodze, tuż obok siebie, miałem prawdziwych kapłanów, którzy pomagali mi patrzeć na to, co się we mnie dzieje przez pryzmat ich doświadczenia. To oni prowadzili mnie ścieżką Kościoła. Piesze pielgrzymki, spotkania młodych na polach lednickich czy udział w Duszpasterstwie Powołań działającym przy naszym seminarium, dawały mi świadomość tego, że życie z Chrystusem jest czymś pięknym, czymś wartym poświęcenia. Tak dodawało mi to otuchy, że już w liceum wiedziałem, co konkretnie chcę ze sobą zrobić po maturze. Mając siedemnaście lat przystąpiłem do liturgicznej służby ołtarza, zaangażowałem się w prowadzenie grupy młodzieży, a także w organizację różnych uroczystości w parafii, np. Bożego Ciała. Takie zwykłe i proste do zrobienia rzeczy, które dawały mi siłę. To przekazywało mi w głębi ducha przekonanie o chęci bycia blisko Boga, o tym, aby Mu służyć, ale także, aby oddać się ludziom, wśród których uwielbiałem przebywać.

W 2018 roku nadszedł czas decyzji – niełatwej, szczególnie w tamtych czasach, nieprzychylnych dla Kościoła. To, co się działo, nie zdołało mnie odepchnąć od wybranej wcześniej drogi, a wręcz przeciwnie, przekonywało do tego, że mogę się do czegoś przydać. Po przyjęciu, wstąpieniu do seminarium i rozpoczęciu formacji bywało nieraz trudno, ale zawsze Pan Bóg dawał mi pocieszenie i ukojenie w Nim samym. Mimo dylematów, czasem też napływających z zewnątrz sugestii, że to nie dla mnie, staram się za każdym razem bardziej słuchać tego, co mówi Jezus, a nie ludzie. To On daje owo cudowne wewnętrzne pragnienie, także jedynie On może je zaspokoić. Nie mam pojęcia co będzie dalej, jak potoczy się moja droga, czym się zakończy, czy będzie to dar święceń… Wiem na pewno jedno: w każdym czasie mogę uciec się do mojego ukochanego Boga i powtórzyć słowa świętego Piotra: «Panie, do kogóż pójdziemy? Ty masz słowa życia wiecznego» (J 6,68).  

kl. Piotr Talik, rok II

Radosnego dawcę miłuje Pan

Mam na imię Krzysztof. Pochodzę z parafii pw. św. Jana Chrzciciela w Brennej na Śląsku Cieszyńskim. Moje imię wywodzi się od greckiego słowa Christophoros, co w tłumaczeniu znaczy niosący Chrystusa lub przynoszący Chrystusa.

Odkrycie znaczenia swojego imienia od zawsze wiązało się z odkryciem sensu swojego życia. Tak też jest z osobistym powołaniem każdego człowieka. Na Chrzcie Świętym otrzymałem godność chrześcijanina, której nikt nie może mi odebrać. Otrzymałem także własne, osobiste imię. Święty Krzysztof jest dla mnie wzorem miłości i wierności Bogu. Wierzę, że moje imię chrzcielne jest także drogowskazem, projektem mojego życia. Mam nosić w sobie i przynosić innym Chrystusa.

Szczerze mówiąc, w dzieciństwie nigdy nie myślałem o tym, aby zostać księdzem. Nie byłem ministrantem, nie bawiłem się też w księdza, tak jak wielu moich kolegów, którzy wykorzystując puchar sportowy, andruty i pelerynę odprawiali domowe nabożeństwa. Ja od dzieciństwa, wpatrzony w przykład życia moich rodziców, marzyłem o podobnej przyszłości dla siebie. Chciałem mieć w życiu dorosłym kochającą rodzinę, duży dom i satysfakcjonującą pracę. Pan Bóg jednak postanowił poprowadzić mnie trochę inaczej, posłuchałem Go. Jestem teraz alumnem Wyższego Seminarium Duchownego w Krakowie i piszę to świadectwo. Patrząc na historię swojego życia, jestem przekonany, że nic nie działo się przypadkiem, a jeżeli to był przypadek, to na pewno starannie przygotowany przez Stwórcę. Wszystkie sytuacje, wydarzenia oraz spotkane osoby, były dla mnie wyjątkową lekcją, za którą jestem Bogu wdzięczny.

Obecność Pana Boga w moim życiu dostrzegałem od najmłodszych lat. Dla moich najbliższych, przede wszystkim rodziców i dziadków, wiara miała fundamentalną wartość. Każdy z nich tłumaczył mi prawdy wiary. To Oni swoim przykładem nauczyli mnie, jak powinna wyglądać niedziela, jak zachowywać się na Mszy Świętej oraz dlaczego warto się modlić. Podstawy chrześcijańskiej wiary uzupełniali katecheci, którzy przygotowali mnie do najważniejszych w moim dotychczasowym życiu sakramentów: Pokuty i Pojednania, Eucharystii oraz Bierzmowania. Chociaż od dziecka starałem się być sumienny w osobistej formacji duchowej, nie mogę powiedzieć, że już po zakończeniu gimnazjum byłem dojrzały w wierze i gotowy do świadczenia o Chrystusie. Czas szkoły średniej, u którego kresu wpisane jest decydowanie o swojej przyszłości, nie był oparty na właściwym dialogu z Bogiem. Skupiałem się bardziej na swoich planach i marzeniach, prosząc Boga o błogosławieństwo w ich realizacji. Nie pytałem czy taka jest Jego wola względem mnie. Marzyłem, aby zostać nauczycielem. Spotkałem w swoim życiu wyjątkowych nauczycieli języka polskiego, którzy potrafili wzbudzić we mnie i moich rówieśnikach wyższe uczucia. Przekazywali nam nie tylko wiedzę, ale uczyli przede wszystkim wrażliwości, kultury i mądrości życiowej. Byli oni dla mnie dużym wsparciem na drodze intelektualnego i ludzkiego rozwoju. Pan Bóg jest cierpliwy, pozwolił mi iść w przyszłość wyznaczonym przez siebie torem. Poszedłem!

Po zdaniu matury rozpocząłem studia polonistyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Mogę śmiało powiedzieć, że wtedy rozpocząłem nowy etap w moim życiu. Spotkałem ciekawych ludzi, poznałem nowe miejsca, doświadczyłem, w jaki sposób funkcjonuje najstarszy uniwersytet w naszym kraju. Jednak już po kilku miesiącach pobytu w Krakowie, to nie uczelnia była najważniejszym punktem na mapie Krakowa. Zostałem członkiem Centralnego Duszpasterstwa Akademickiego przy Kolegiacie św. Anny, prowadzonego przez ks. Dariusza Talika. To właśnie ten kapłan swoją charyzmą potrafił zjednoczyć przy Chrystusie studentów różnych kierunków i razem z nimi stworzyć dom, w którym prowadził młodych ludzi od Uczty eucharystycznej do wspólnego posiłku w sali akademickiej. Zakochałem się w tej wspólnocie i pozostałem jej wierny przez 5 lat swoich studiów. Wspólna modlitwa, Eucharystia, wzajemne świadectwo, spotkania formacyjne, wyjazdy wspólnotowe, czytanie encyklik papieskich, długie nocne rozmowy oparte na zaufaniu i wierze w Chrystusa – to wszystko zaczęło kształtować we mnie nowego Krzysztofa, tego, który zaczął w sercu odkrywać pragnienie służby w imię Jezusa. Bez wątpienia to wspólnota pomogła mi w kształtowaniu osobistej relacji z Bogiem i dała możliwość rozwoju w miłości poprzez służbę i zaangażowanie. Choć z upływem kolejnych miesięcy angażowałem się coraz bardziej, pełniąc różne funkcje, jestem pewny, że w ostatecznym bilansie więcej otrzymałem od wspólnoty, aniżeli mogłem jej dać. Wszystkie te doświadczenia nauczyły mnie, że o wiele więcej radości jest w dawaniu. Odkryłem głębię dwóch ważnych zdań z Pisma Świętego, które prowadzą mnie od tego czasu. Pierwsze brzmi Nikt z nas nie żyje dla siebie (Rz 14,7), a drugie: Radosnego dawcę miłuje Pan (2 Kor 9,7).

Nie potrafię wskazać jednego konkretnego momentu, który miał największy wpływ na decyzję o wstąpieniu do seminarium. Nie wiem, czy było to w Rzymie podczas kanonizacji św. Jana Pawła II? Czy na wyjeździe misyjnym z MTT u Polaków na Litwie, gdzie tak bardzo widoczny był brak kapłana i tęsknota ludzi za księdzem i Eucharystią. Czy podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie, kiedy widziałem z bliska życie i zaangażowanie duchownych? A może wtedy, kiedy czytałem Ewangelię wg Św. Mateusza nad Jeziorem Galilejskim?

Kaplica Wieczystej Adoracji
w Niepokalanowie

Choć te wszystkie wydarzenia w szczególny sposób dotknęły mojego serca, zachęciły mnie do głębszego umiłowania Najcichszej Obecności i oddania swoich dłoni Chrystusowi, to najbardziej wołanie Chrystusa słyszałem podczas osobistej modlitwy. Modliłem się o światło Ducha Świętego, aby wskazał mi drogę szczęścia w moim życiu. Czynnie uczestniczyłem w rekolekcjach mojej wspólnoty, byłem też na rekolekcjach ignacjańskich. Czułem, że Pan prowadzi mnie każdego dnia poprzez zwykłe, codzienne wydarzenia do odkrycia swojego powołania. Bóg, który zna mniej najlepiej, pozwolił mi dzięki Jego łasce utwierdzić się w decyzji, że w powołaniu kapłańskim osiągnę szczęście, zbawienie i będę zdolny tym szczęściem dzielić się z innymi. Niezwykle pomocne były świadectwa powołania księży, którzy mieli trudności z przyjęciem Bożej woli. Myślałem, skoro oni ze swoimi niedoskonałościami byli w stanie wypełnić wolę Bożą, to dlaczego ja, wsparty Jego pomocą, nie mógłbym podołać temu zadaniu? Zaufałem i wiem, że skoro Pan powołuje mnie do tak wyjątkowej i niełatwej misji, to na pewno zaopatrzy mnie w potrzebne zdolności do wykonania powierzonego zadania – jeśli taka będzie Jego wola.

Ostateczną decyzję podjąłem w 18 maja 2018 r. na Mszy Świętej w kościele św. Wojciecha na rynku w Krakowie. To właśnie w czasie tej Duchowej Uczty padło w Ewangelii pytanie Jezusa – Czy miłujesz mnie więcej? To nie było pytanie retoryczne! Wyznałem przed Nim swoją miłość, prosząc Go o przymnożenie wiary na drogę. Wsparty Jego błogosławieństwem pomyślnie zakończyłem studia i rozpocząłem proces rekrutacji do seminarium. Decyzję o przyjęciu mnie do grona alumnów odebrałem w lipcu i po wakacjach rozpocząłem formację seminaryjną.

Obdarowanie

Tyś we mnie stworzył
taką głębię,
ponad którą unosi się
tylko Twój Duch.

Tyś mi dał, Panie,
takie pragnienie,
które zaspokoić możesz
tylko Ty sam.

Tyś mnie obdarzył
takim Darem
na który odpowiedzią
możesz być tylko….
MIŁOŚĆ
to znaczy wszystko w darze.

kl. Krzysztof Kawik, rok III

Świadectwo

Mam na imię Marcin, jestem klerykiem IV roku krakowskiego seminarium duchownego. Zachęcony słowami Jezusa: „darmo otrzymaliście, darmo dawajcie” pragnę podzielić się swoim doświadczeniem działania Pana Boga w moim życiu. Chciałbym skupić się na drodze, którą przeszedłem przed wstąpieniem do seminarium.

Pierwsza myśl o złożeniu dokumentów do seminarium pojawiła się w szkole średniej, była to pierwsza klasa, ale to też szczególny i bardzo konkretny moment. Był to czas przyjęcia sakramentu bierzmowania. Początkowo myślałem, że to tylko kwestia czasu jak te myśli się wyciszą i postanowiłem odłożyć je z różnych powodów. Jednym z nich było na pewno to, że rozpoczynałem naukę w szkole średniej, a więc za wcześnie było na jakiekolwiek decyzje. Zająłem się swoimi obowiązkami, przygotowaniem do egzaminów, matury itd. Dalsze lata przebiegały zwyczajnie, bez spektakularnych wewnętrznych wydarzeń. Należałem do wspólnot, działających przy parafii: ministrantów, lektorów i grupy apostolskiej. Z każdym dniem i kolejnym krokiem w życiu wiem, że nie były i nie są to dla mnie obojętne wspólnoty. Spotkałem w tych grupach wielu ludzi głęboko wierzących, którzy przykładem swojego życia przybliżali mnie do Boga. Uczestnicząc w spotkaniach tych grup, rekolekcjach formacyjnych, mogłem podejmować pracę nad sobą i swoją relacją z Bogiem. Ważnym narzędziem pracy nad swoim życiem było i nadal jest dla mnie korzystanie z posługi stałego spowiednika.

Ciekawym i cennym doświadczeniem jest spotykanie i poznawanie ludzi, których Pan Bóg stawia na mojej drodze. Szczególnie z czasu przed seminarium pamiętam jednego z księży, który trafił do mojej parafii jako neoprezbiter. Był to Kapłan, który swoim codziennym życiem, postawą a szczególnie tym, jak sprawował Eucharystię, odkrywał przede mną wielką tajemnicę, która działa się na moich oczach.

Przyszedł czas egzaminu maturalnego i podjęcia dalszych decyzji. Myśli rozbiegały się niczym drogi na skrzyżowaniu. Po maturze podjąłem pracę, spotykając wielu ludzi, ucząc się od każdego czegoś nowego. Rok pracy, mimo że to niewiele, nauczył mnie bardzo dużo. Czas ten wprowadził też niemały zamęt w moim życiu. Z jednej strony doświadczenie samodzielnego życia, pracy, a z drugiej cały czas pragnienie pójścia za Panem. W pewnym momencie już sam nie wiedziałem co robić…

Od gimnazjum uczestniczyłem corocznie w Pieszej Pielgrzymce Krakowskiej na Jasną Górę, dlatego w danym roku te niezwykłe rekolekcje w drodze ofiarowałem w konkretnej intencji – o dobre rozeznanie powołania. Po pielgrzymce pragnienie związane z seminarium wzmocniło się, ale brakowało mi chyba odwagi, aby wybrać, w którą stronę iść. Nie będąc jeszcze w seminarium, często jeździłem na adorację do pobliskich Łagiewnik. Właśnie tam, przed Najświętszym Sakramentem, podjąłem decyzję. Po kilku tygodniach rozpocząłem formację w Wyższym Seminarium Duchownym Archidiecezji Krakowskiej.

Każdego dnia dziękuję Bogu za każde Jego działanie w moim życiu: to, które rozumiem, i to, które jest dla mnie trudne. Dziękuję za ludzi, których spotkałem i spotykam na swojej drodze. Szczególnie za Rodziców, ich miłość i wsparcie, za Kapłanów, którzy dawali dobry przykład zmierzania drogą kapłaństwa do zbawienia.

kl. Marcin Pytko, rok IV

Ogólnie o powołaniu

Człowiek to jedyna istota na świecie, której nie wystarcza czasu, aby nauczyć się żyć. Mała mrówka, która wylęgnie się z jajka wie już wszystko, co ma czynić i nigdy się nie myli, ptak wylatujący z gniazda jest dojrzałym ptakiem. Człowiek często umiera płacząc, że nie zrozumiał swojego powołania. Co zrobić, aby nie zmarnować własnego życia? Każdy z nas ma powołanie. Wszyscy mamy powołanie do tego, żeby żyć w Chrystusie, czyli stać się dziećmi Bożymi. To jest najważniejsze powołanie. Poza tym jest jeszcze nasze własne, życiowe, indywidualne powołanie: ktoś będzie pianistą, inżynierem, nauczycielem, sekretarką – różne są zawody, ale zawód też musi być powołaniem, bo na nim powinna się koncentrować nasza uwaga i wysiłek naszego życia. W młodym człowieku jest takie pytanie, które wpisane jest w jego osobowość: co ja będę robił w życiu? Kim będę? Jakie plany ma dla mnie Pan Bóg?

Można służyć Panu Bogu na wiele sposobów, ale wśród nich jest też ten jeden, taki, który pozwala być pośrednikiem między Bogiem a ludźmi, to jest właśnie powołanie do kapłaństwa, do życia zakonnego. Nie ma gotowej recepty jak zostać księdzem. Każdy ksiądz ma indywidualną, niepowtarzalną drogę do kapłaństwa. Każdy ksiądz w innym momencie życia odczuł to powołanie; dla każdego kapłana jest to wielka tajemnica, coś, co bardzo trudno opisać słowami.

Mam na imię Wojtek i pochodzę z Kornatki – to mała miejscowość obok Dobczyc. Do seminarium wstąpiłem w wieku 25 lat, wcześniej przez dziesięć lat grałem na weselach. Tworzyliśmy rodzinny zespół, w którym grał mój tata, dwie siostry i kuzyn. Teraz moje miejsce w zespole zajmuje mój młodszy brat. Z wykształcenia jestem muzykiem – akordeonistą. Skończyłem II stopnień szkoły muzycznej w Krakowie, a także technikum elektroniczne w Dobczycach. Nie poszedłem na studia, ale napisałem biznesplan, aby założyć firmę.

Otrzymałem dofinansowania z Unii Europejskiej na rozwój działalności gospodarczej. Otworzyłem warsztat elektroniki samochodowej. Miałem również dziewczynę, z którą byłem dwa lata. Nie mogę powiedzieć, że poszedłem do seminarium z braku pomysłu na życie. Nie byłem samotny, miałem dwie prace, które pozwoliły mi prowadzić życie na wysokim poziomie, a mimo to od 2. klasy technikum miałem w sobie wewnętrzne przekonanie, aby zostać księdzem. Bardzo się broniłem przed tymi myślami, wmawiając sobie, że skoro Pan Bóg błogosławi mi w pracy, widocznie nie chce mnie jako kapłana. Ale życie potoczyło się inaczej – „człowiek myśli, a Pan Bóg kryśli”.

Pielgrzymka do Częstochowy

Dużo się modliłem, zawierzając Panu Bogu swoje życie. Pewnego razu moja dziewczyna zaproponowała mi wybranie się na pielgrzymkę do Częstochowy. Pielgrzymka ruszała w niedzielę, ja oczywiście grałem wtedy wesele i poprawiny, a więc nie mogłem iść. Ona jednak nie dawała za wygraną i namawiała mnie na dołączenie do pielgrzymki w poniedziałek. Co prawda powszechnie wiadomo, że „lepiej się z kobietą nie kłócić”, dlatego też dla świętego spokoju poszedłem. Ja, jako młody wysportowany chłopak, nie brałem w ogóle pod uwagę tego, że mógłbym tam ze względów fizycznych nie dotrzeć. W drugi dzień mojej pielgrzymki bardzo obtarły mnie buty, na dodatek brakowało noclegu, dlatego spałem w szkole. Położyłem się dopiero około 2.00 i zaraz trzeba było wstawać. Pamiętam, że wtedy w nocy wyszedłem na zewnątrz, rozpłakałem się ze swojej niemocy i powiedziałem: „Panie Boże daj mi siły, żebym skończył tę pielgrzymkę”. Wtedy przypomniałem sobie jak bardzo kiedyś chciałem zostać księdzem. Pan Bóg wtedy tak mocno mną wstrząsnął. Bezradny, poprosiłem Go o pomoc. I wtedy coś we mnie pękło. Postanowiłem, że muszę spróbować, chociażby na jeden rok wstąpić do seminarium, aby zobaczyć, jak wygląda życie księdza.

W seminarium – piąty rok studiów

Dzisiaj dziękuję Bogu i jestem na piątym roku w seminarium krakowskim. Jednakże jeszcze w trakcie formacji nie było to wszystko takie proste. Nie był to dla mnie świat jaki sobie wyobrażałem. Po czwartym roku obawiałem się czy poradzę sobie jako nauczyciel w szkole i czy będę dobrym księdzem? Czy umiem pomagać ludziom, działać w parafii?

W związku z tymi pytaniami poszedłem na roczną praktykę w szkole i pracy w parafii w Maruszynie. Tam utwierdziłem się w swoim powołaniu. Praca w szkole nie sprawiała mi żadnych problemów, wręcz przeciwnie, bardzo lubiłem uczyć. Działając tam na różne sposoby, organizując wspólne wyjazdy do Krakowa, do Centrum Jana Pawła II, do parku trampolin, na rowery, na narty, w góry, a to wszystko – dzięki Panu Bogu – zaowocowało powstaniem prawie siedemdziesięcioosobowej grupy śpiewających i grających pod nazwą „Góralska Siła”.

Schola pierwszy raz w takim składzie wystąpiła na góralskiej pasterce w kościele w Maruszynie. Później jeszcze zrobiliśmy wspólną majówkę, również w góralskim stylu. Mieliśmy pomysł, aby liczba grających i śpiewających w zespole przekroczyła 100 osób. Zapraszaliśmy na tę majówkę osoby z sąsiednich wiosek, do wspólnego grania i śpiewania. Całe to wydarzenie jest na kanale You Tube – wystarczy wpisać „Maruszyna Barka, Czarna Madonna”.

Jeżeli coś się pozostawi dla Pana Boga, to On naprawdę stokrotnie nas wynagradza. Jak szedłem na pierwszy rok do seminarium, najtrudniej było mi się rozstać z rodzinnym zespołem. Zostawiając pięcioosobowy zespół, z Bożą pomocą udało mi się stworzyć blisko stuosobową góralską kapelę, z którą jeździliśmy na różne występy. Nie mówię tego po to, żeby się chwalić, ale żeby dać świadectwo, że Pan Bóg naprawdę jest i działa w naszym życiu. To On kieruje naszym losem, ale i On nas tak kocha; zawsze daje nam pełnię wolności i miłości.

Nigdy nie zmusi mnie czy ciebie, aby iść tą czy inną drogą, On zawsze uszanuje twoją decyzję. Do odważnych świat należy. Nigdy nie wiadomo, kiedy zapuka do twojego serca. A może to już właśnie dzisiaj puka? Kto dzisiaj odważy się zostawić swój dom, matkę, ojca i iść by służyć Panu? Kto w przyszłości będzie przekazywał wiarę kolejnym pokoleniom? Czy Chrystus w ogóle jeszcze znajdzie swoich wyznawców, gdy powtórnie przyjdzie na ziemię?

Prośmy wspólnie, żeby wyprawił Pan robotników na żniwo swoje, by nigdy nie zabrakło tych, którzy odważą się odpowiedzieć na Boże wezwanie.

kl. Wojciech Leśniak, rok V

Zanim podjąłem decyzję

Nie byłem nigdy lektorem ani ministrantem… Jakoś jednak od dziecka pociągało mnie słowo Boże, prawda, mądrość i miłość nie z tego świata i jakoś go przerastająca, ale aktualna na tym świecie i przenikająca go do głębi, przenikająca mnie do głębi. Rodzina na pewno bardzo pomogła mi odkryć piękno tej prawdy. Kiedy jednak kończyłem technikum informatyczne i pojawiały się jakieś myśli o kapłaństwie, raczej je przygaszałem, myśląc że to nie dla mnie, że nie jestem godny… Rozpocząłem więc naukę w wyższej szkole muzycznej. Myślałem trochę o akademii muzycznej w przyszłości. Studiowałem jednocześnie kierunek techniczny. Jednak pragnienie rozeznania woli Bożej względem mnie cały czas we mnie płonęło, dlatego w wolnym czasie jeździłem na różne rekolekcje. Miałem też możliwość równoległej pracy dzięki mojej umiejętności gry na perkusji. Cały ten proces trwał dość długo, ponieważ zdążyłem uzyskać tytuł inżyniera, zanim podjąłem ostateczną decyzję i przekroczyłem próg seminarium.

Co mi pomogło? Na pewno rodzina, rekolekcje, przyjaciele, osobista modlitwa, znajomi… Zatem, jeżeli ktoś przeżywa podobne wątpliwości, to na pewno warto słuchać ludzi, którzy nas kochają i dobrze nas znają. Trzeba odważyć się też przeżyć rekolekcje. W podejmowaniu ważnych życiowych decyzji polecam bardzo 8-dniowe ćwiczenia ignacjańskie w milczeniu (w Krakowie prowadzą je np. salwatorianie na Dębnikach). Każde inne rekolekcje mogą być oczywiście także pomocne, a poza tym, nie każdy chce przez 8 dni milczeć (poza modlitwą). Można przecież pojechać np. w góry i przeżyć czas rekolekcji z rówieśnikami, przemierzając szlaki górskie i szlaki własnego serca.

Osobiście chyba dość długo mocowałem się z Panem Bogiem i w końcu… On wygrał. Tylko, że tu jest pewien paradoks. On chce dla mnie i dla każdego z nas największego szczęścia i zna nas lepiej niż my sami siebie i dlatego czasem się z Nim nie zgadzamy. Kiedy jednak z Nim “przegrywamy”, tak naprawdę wygrywamy i zgadzając się na Jego wolę, odkrywamy drogę największego szczęścia. Choć często ta konkretna droga wydaje się nam trudna, to jednak dla nas na pewno jest piękniejsza niż inne – jeśli dobrze rozeznamy. Wiem, że zabrzmi to trochę moralizatorsko, ale: jeśli jesteś na tym etapie, to zastanów się, czy warto podjąć trud rozeznawania twojego powołania, by potem nie żałować przegapienia wyboru najlepszej opcji twojego życia?

Seminarium a perkusja

Przychodząc do seminarium wiedziałem, że skoro podjąłem tę decyzję, to też zgodziłem się na jej konsekwencje. Myślałem, że będę musiał ograniczyć granie na perkusji albo w ogóle tego zaprzestać – przynajmniej na czas seminaryjnej formacji.

Pewnego dnia w wakacje przyniosłem jednak wymagane dokumenty do Seminarium. Zostałem przy okazji zaproszony na obiad przez przeprowadzającego ze mną rozmowę księdza. Było na nim też może czterech kleryków, którzy akurat mieli dyżur wakacyjny. Okazało się, że już od dłuższego czasu szukają perkusisty do utworzenia zespołu. Taki „Boży przypadek”. Umówiliśmy się, że od początku roku akademickiego od razu zaczynamy ze sobą grać. Tak sobie pomyślałem, że Pan Bóg dał mi na początek mojej drogi piękny prezent.

Po miesiącu wspólnych muzycznych zmagań zagraliśmy jedną własną piosenkę na odbywającym się w seminarium XXV Festiwalu Piosenki Religijnej „Cecyliada”. Zajęliśmy pierwsze miejsce i otrzymaliśmy nagrodę publiczności! Potem dzięki pomocy życzliwych ludzi i naszych seminaryjnych przełożonych, a także własnemu zaangażowaniu udało nam się nagrać płytę w profesjonalnym studio nagrań. Jeździliśmy także na koncerty – zwłaszcza przy okazji tzw. Niedziel Powołań. Każdy koncert był otulony naszą wspólną modlitwą: najczęściej rozpoczynaliśmy go Koronką do Bożego Miłosierdzia. Dla mnie bardzo ważne jest to, że w projekcie tym wprost uwielbiamy Boga w swoich tekstach.

Po moim II roku studiów starsi członkowie naszego zespołu Rock Miłosierdzia (nazwa pochodzi od Roku Miłosierdzia przeżywanego w Kościele w czasie powstawania tej formacji) zostali już kapłanami i trafili do różnych parafii. Nie mogliśmy już więc być zespołem seminaryjnym w pełnym znaczeniu tych słów, a wspólne granie zostało znacznie utrudnione.

Znowu myślałem, że teraz będę odseparowany od instrumentu, a na pewno od wspólnej gry z innymi ludźmi. Jednak wyjazd z osobami niepełnosprawnymi, który jest przewidziany na tym etapie formacji, przyniósł niespodziewane efekty. Utworzyliśmy podczas wyjazdu zespół muzyczny! Spotkałem tam wielu dobrych i życzliwych ludzi. Mogliśmy codziennie, pomimo licznych wycieczek i aktywności, grać i docierać przez muzykę do ludzkich serc. Jestem przekonany, że każdy członek tego zespołu, grając i śpiewając razem z innymi, czerpał z tego faktu ogromną radość.

Na III roku przeżyłem kolejną niespodziankę. Okazało się, że z powodu pełnienia funkcji ceremoniarza (którą zostałem bez żadnej mojej zasługi wówczas wyróżniony) mam za mało czasu, żeby zakładać kolejny zespół seminaryjny. Zająłem się więc obowiązkami i wtedy zdarzył się kolejny “przypadek”.

Na XXXIII Światowym Dniu Młodzieży nasze seminarium obiecało występ kleryckiego zespołu muzycznego, a alumni z młodszych lat zechcieli się podjąć tego wyzwania. Po paru miesiącach przygotowań na mniej niż 48 godzin przed występem podszedł do mnie (wracający właśnie z cotygodniowego zebrania) Ksiądz Rektor i powiedział (parafrazuję): “Werner, prawie wszyscy klerycy z zespołu zachorowali… (chwila ciszy) masz dobę, żeby stworzyć nowy zespół muzyczny”. Lubię grać na perkusji, więc się zgodziłem, ratowaliśmy też honor osób zaangażowanych w to wydarzenie. Kiedy skompletowaliśmy pełny skład zespołu, były już późne godziny wieczorne; zaczęliśmy próbę, a następnego dnia rano mieliśmy już grać koncert. Na pewno mieliśmy wielką pomoc z Nieba, bo inaczej nasze zaangażowanie nie wystarczyłoby, żeby to wszystko udało się w takim stopniu. Było pięknie!

Ten występ sprawił, że założyliśmy zespół Kairos. Jesteśmy teraz na etapie tworzenia własnych piosenek, co bardzo mnie cieszy. Mam nadzieję, że nie zabraknie nam zapału, żeby je też nagrać. Od czasu do czasu udaje mi się też zagrać z zespołem Rock Miłosierdzia i zdaje się, że jeżeli opracujemy materiał, który posiadamy, będziemy mogli nagrać drugą płytę.

Te zespoły są na pewno spełnieniem jakichś moich głębokich pragnień, za co jestem Bogu bardzo wdzięczny. Choć plan dnia w seminarium jest poukładany, te doświadczenia pokazują, że czas formacji i studiów pozwala też na realizację swoich własnych pasji czy zainteresowań.

Choć zdumiewam się tym, co już za mną, to jednak znając Pana Boga myślę, że to dopiero początek przygody 😊.

kl. Dawid Werner, rok V

Świadectwo w formie wywiadu

1. Czy od zawsze chciałeś być księdzem?

Z tym było różnie, ponieważ w dzieciństwie miałem różne sezonowe marzenia. Raz chciałem być komandosem, raz policjantem, a raz księdzem. Wydaje mi się, że po prostu lubiłem jakiś zawód który kojarzy się z mundurem. Jednak faktycznie, już od młodości miałem takie zapatrywania, aby zostać księdzem.

2. Kiedy więc pierwszy raz pojawiła się taka świadoma myśl i to pragnienie, aby zostać kapłanem?

Taka świadoma myśl o tym, aby być księdzem to dopiero pod koniec gimnazjum. Wtedy zacząłem chodzić na oazę, doświadczać, co to jest Kościół, co to jest wspólnota. Pomyślałem sobie wtedy, że to życie ma sens, kiedy się je komuś ofiaruje, np. drugiemu człowiekowi albo Panu Bogu. Zostałem na oazie animatorem, a więc prowadziłem dla innych osób spotkania w grupach. Bardzo mnie to cieszyło, że mogę „być dla innych”, że mogę rozmawiać, opowiadać o Panu Bogu. Prowadzenie spotkań mnie też motywowało do szukania prawdy, do lepszego i głębszego poznawania Chrystusa, czytania Biblii. No i razem z tym coraz bardziej rozwijało się to pragnienie, aby się oddać na taką służbę dla Boga i drugiego człowieka – czyli prowadzić ludzi do Pana Boga, mówić im o Bogu.

3. Czy cieszyłeś się z tego, że możesz być animatorem?

O tak. Nawet nie wiesz jak bardzo! Bycie w konkretnej wspólnocie – oazowej – pokazało mi sens życia, nauczyło mnie miłości do drugiego człowieka, szacunku, współpracy z innymi, troski o innych. To był bardzo piękny czas, który spędziłem w oazie. Oaza mi bardzo dużo dała, jestem jej bardzo wiele dłużny.

4. Oaza i to wszystko?

Nie. Byłem od dziecka ministrantem, ale na początku kompletnie nie miałem świadomości swojej wiary, ani tego, co dokładnie się dzieje przy ołtarzu. Po prostu jak byłem w kościele, a widziałem ministrantów, to podobała mi się ich służba. W tych czasach bycie ministrantem było w modzie (śmiech). Większość moich kolegów z klasy automatycznie po Pierwszej Komunii Świętej zostawała ministrantami. Ale przełom i rozwój wiary nastąpił dopiero podczas przygody, która się nazywa Oaza (Ruch Światło-Życie). W 2010 roku – pamiętam jak by to było wczoraj – powstało w naszej diecezji Duszpasterstwo Powołań. Dowiedziałem się o tym od mojego animatora na oazie, który był dla mnie wzorem. Postanowiłem się przyłączyć do tego duszpasterstwa, ponieważ ono nieformalnie zrzeszało młodych chłopaków z różnych zakątków naszej diecezji, którzy myśleli o seminarium. Spotykaliśmy się co miesiąc na weekendowych zjazdach w krakowskim seminarium, albo w innych miejscach, spędzaliśmy razem czas na rozmowach, modlitwie. Będąc w Krakowie w seminarium, zawsze była okazja już zobaczyć jak wygląda życie w seminarium, porozmawiać z klerykami, wypić kawę. I tak naprawdę jestem również dłużnikiem Duszpasterstwa Powołań – i to wielkim dłużnikiem – ponieważ bardzo potrzebowałem mieć rówieśników, którzy myślą podobnie jak ja, podobnie szukają swojej drogi życiowej.

5. Czy teraz jako diakon działasz w Duszpasterstwie Powołań?

Odpowiedź na to pytanie chyba musi być rozbudowana (śmiech). Ponieważ Duszpasterstwo Powołań ma dzisiaj inną formę, niż w 2010 roku. Dzisiaj przerodziło się ono w Duszpasterstwo Służby Liturgicznej i uważam, że jest to bardzo dobry kierunek. Dużo dobrych rzeczy dokonuje się jeśli chodzi o to duszpasterstwo. Natomiast jeśli chodzi bezpośrednio o powołania, to uważam, że każdy kapłan powinien troszczyć się o przyszłe powołania. Tak naprawdę powołanie rodzi się w sercu młodego człowieka. Bóg rzuca ziarno w serce i ono tam wzrasta. Trzeba więc dbać o to, aby mogło ono wzrastać, aby miało warunki ku temu. Tak jak powiedziałem – mi Duszpasterstwo Powołań bardzo dużo dało, bardzo mi pomogło. Każdy młody człowiek, który rozeznaje drogę do kapłaństwa, który ma w sercu takie pragnienie, potrzebuje kogoś, aby mu towarzyszył w tym rozeznawaniu i w tej drodze. Samemu jest na niej bardzo ciężko, ale jak się ma kogoś, kto w jakiś sposób wspiera – bo już ten etap drogi przeszedł – to jest dużo raźniej. Zawsze można o coś zapytać, powiedzieć o swoich obawach, a ta druga osoba może uspokoić, bo często się okazuje, że też takie obawy miała. Później się okazuje, że to nic strasznego, bo każdy z nas powołanych wcześniej czy później to przeżywał.

Więc jeśli chodzi o odpowiedź na pytanie czy działam w Duszpasterstwie Powołań, to brzmi ona: TAK, działam! Jednak jest to działanie nieoficjalne, a raczej bardzo indywidualne. Mam kontakt
z wieloma młodymi ludźmi, którzy się do seminarium wybierają, którzy nad tą drogą się zastanawiają – tyle mogę zdradzić. Trzeba po prostu być z nimi, bo to wspaniali ludzie, oni są przyszłością Kościoła! A to indywidualne duszpasterstwo polega na tym, aby z nimi być, aby być dla nich. Rozmawiać, wspierać, modlić się za nich. Być dla nich starszym bratem, na którego zawsze mogą liczyć – ja to tak traktuję.

6. Już prawie kończy się Twoja praktyka diakońska. Mógłbyś nam opowiedzieć, jak wygląda posługa diakona w parafii Marii Magdaleny w Cieszynie?

Nie spodziewałem się, że tak szybko ten czas minie (śmiech). Tak samo nie spodziewałem się, że trafię na parafię do Cieszyna, bo z tego, co było mi wiadomo – w Cieszynie nigdy nie było parafii diakońskiej. W tym jednak roku formacyjnym parę rzeczy się pozmieniało, a ja na tym skorzystałem i z tego się cieszę.

Praktyka diakońska to piękny czas, jeśli się go umie wykorzystać i jeśli się jest na takiej parafii, która daje człowiekowi możliwości do rozwoju. Jestem bardzo zadowolony z tego, że kolejny raz trafiłem na praktykę do dużej parafii, gdzie są różnego rodzaju wspólnoty. Dzięki temu mogłem wiele się nauczyć; poznać charakter grup działających przy parafii; podszkolić warsztat kaznodziejski; spróbować nauki w trzech różnych szkołach; współpracować w dużym zespole kapłanów w parafii.

7. Co konkretnego w takim razie robisz jako diakon w parafii?

Może to będzie prozaiczne, ale na samym początku chcę powiedzieć, że się modlę. Tak, to jest rzecz, której się człowiek uczy również poza seminarium – trzeba walczyć o modlitwę, tak sobie zaplanować czas, aby wśród tych różnorakich zajęć, jakie się ma, można było spotkać się z Panem Bogiem indywidualnie. Bycie na dużej parafii wymaga takiego planowania, szukania i walki o czas. Życie na parafii wygląda całkiem inaczej niż w seminarium. Tutaj jesteś dla ludzi, dla całej wspólnoty, masz różne obowiązki, czasami coś ci wypadnie i trzeba przeorganizować swój plan, który się miało. Trzeba być po prostu elastycznym.

Oprócz tego, że się modlę to pracuję z grupami. Kiedy rozpocząłem praktykę, dostałem w opiekę scholę młodzieżową, nieco później zająłem się również grupą oazową. Ucieszyłem się, ponieważ bardzo lubię pracę z młodzieżą, a dzięki temu też zawsze się młodo czuję (smiech). Ze scholą udało się nam przygotować akatyst ku czci Bożej Rodzicielki, oprócz tego wiadomo, że śpiewamy na różnych uroczystościach. Schola młodzieżowa w przeciwieństwie do swego opiekuna – czyli mnie – jest bardzo utalentowana muzycznie (śmiech), dzięki temu chodząc na próby, też próbowałem śpiewać razem z nimi, a więc trochę podszkoliłem się w śpiewaniu (śmiech).

Z młodzieżową grupą oazy po prostu się formujemy, spotykamy się na Eucharystii, później na spotkaniach w grupach, a kończymy wieczorną adoracją. Regularnie chodziłem na spotkania formacyjne do jednej z grup, a ostatnio podjąłem się prowadzenia spotkań dla najstarszej grupy. Bardzo sobie cenię, że mogę być odpowiedzialny za oazę, że mogę dzielić się wiarą z młodymi ludźmi, ale to oni także ubogacają mnie, dając świadectwo swojej wiary. Kiedy patrzę na młodych ludzi, którzy się modlą podczas adoracji, powierzają swoje życie Bogu, to wielka radość i nadzieja wypełnia moje serce.

Takim moim owocem na pewno jest Biblijny Krąg Młodzieżowy, spotykamy się w każdą sobotę i rozważamy Biblię. Dzisiaj wiem, że to był dobry pomysł, trochę oddolny, ponieważ rozmawiałem z młodymi ludźmi, którzy nie za bardzo odnajdują się w oazie, dlatego postanowiłem, aby zaproponować jakąś alternatywę. Czasami oprócz rozważania Biblii przechodzimy również w głębsze refleksje teologiczne – raz tłumaczyłem naturę Trójcy Świętej (śmiech). Jednak trzeba zaznaczyć, że naprawdę Krąg Biblijny jest wymagający, a tworzy go sama elita młodzieży. I to nie jest żadna moja zasługa, żeby była jasność. Jest naprawdę bardzo dużo wspaniałych młodych ludzi, którzy są wierzący, którzy nie boją się praktykować swojej wiary, ludzi z którymi można wiele dobrego działać.

Oprócz tego co miesiąc spotykam się z seniorami naszej parafii najpierw na pierwszosobotnim nabożeństwie, a następnie na kawie i ciastku w parafialnych salkach. To dla mnie bardzo piękne doświadczenie pracy duszpasterskiej z osobami starszymi, od których mogę się wiele nauczyć, ale także z nimi być i rozmawiać. Również regularnie towarzyszyłem młodzieży podczas niedzielnych spotkań przygotowujących ich do przyjęcia sakramentu bierzmowania.

Oprócz takich regularnych spotkań, miałem okazję być na spotkaniu Legionów Maryi, oazy rodzin, kilka razy prowadziłem spotkanie dla małżeństw niesakramentalnych – gdzie też mogłem doświadczyć, z jakimi problemami borykają się osoby żyjące w ponownych związkach, a nie mogące korzystać z sakramentów. Na dziś do wspólnoty Kościoła przyjąłem 21 nowych dzieci, udzielając im sakramentu Chrztu Świętego. Oprócz tego miałem okazję błogosławić trzy małżeństwa.

Bycie w dużej parafii naprawdę jest bardzo dobrym rozwiązaniem podczas praktyki diakońskiej, ponieważ mogę doświadczyć różnych grup, mogę przyglądać się pracy innych księży, którzy duszpasterzują na parafii. Będąc na jakiejś małej parafii, na pewno bym tyle nie doświadczył.

8. Czy diakoni uczą w szkołach? Jeśli tak to może powiesz coś o katechezie w szkole?

Tak, diakoni uczą w szkołach. Ja znowu mam to szczęście, że uczę w trzech różnych szkołach, chociaż na początku miałem uczyć tylko w jednej. Moją główną szkołą jest Zespół Katolickich Placówek Oświatowych w Cieszynie – jest to katolicka podstawówka i liceum. Ja uczę w podstawówce, ale oprócz tego uczę jeszcze w Zespole Szkół Budowlanych, gdzie prowadzę klasy pierwsze i drugie branżowe. No i oczywiście raz w tygodniu idę do przedszkola anglojęzycznego, aby tam uczyć najmłodszych uczniów – 6-latków. Więc jeśli chodzi o katechizację to naprawdę mam pełen wachlarz wiekowy (śmiech).

9. Kończy się nam czas, Piotrze co chciałbyś powiedzieć młodym osobom, które zastanawiają się nad seminarium i nad kapłaństwem?

Bracia, nie lękajcie się! Chrystus Was potrzebuje, Kościół Was potrzebuje i świat Was potrzebuje. Pójście za Chrystusem dzisiaj nie jest łatwe, ale jest piękne. Bycie apostołem Chrystusa to niesamowita przygoda. Jeśli ta myśl o kapłaństwie co jakiś czas wraca do Ciebie, jeśli się ona pojawia, to nie możesz nie spróbować. Przyjdź, bo prawdopodobnie Pan Bóg Cię wzywa i ma dla Ciebie wspaniały plan. Pamiętajcie, że będąc klerykami, diakonami, kapłanami, będziecie podążali za Tym i głosili Tego, Którego świat odrzucił, ale nie zapominajcie o tym, że to On zwyciężył świat. Amen!

dk. Piotr Bułka