Miłość Boża, jako siła do pójścia za Nim

Każde powołanie jest tajemnicą. Nie wiadomo, dlaczego Bóg jednych ludzi powołuje do kapłaństwa, a innych do małżeństwa, a jeszcze innych do życia zakonnego. Jak każdy chrześcijanin i ja w pewnym momencie mojego życia zacząłem się zastanawiać się, do czego Bóg powołuje mnie? W jaki sposób chcę w życiu kochać? Wtedy po długim namyśle na wadzę, która miała mi pomóc rozeznać powołanie, odważniki po stronie małżeństwa i kapłaństwa, były równe, co do jednego miligrama. Nie potrafiłem wybrać.

Z jednej strony kapłaństwo fascynowało mnie i idea oddania swojego życia wyłącznie Bogu była bardzo inspirująca. Było to naturalne, ponieważ od czasu przyjęcia pierwszej Komunii Świętej służyłem przy ołtarzu. Angażowałem się w to na 100%, do tego stopnia, że nawet w wakacje jeździłem na diecezjalne rekolekcje przeznaczone dla członków Liturgicznej Służby Ołtarza. Podczas katechezy w szkole, katechetka zachęciła mnie do wzięcia udziału w konkursie biblijnym „Jonasz”. Czterokrotnie zostałem laureatem. Poznawałem słowo Boże, przez które Pan Bóg do mnie mówił. Miałem też całkiem sporo dobrych przykładów ludzi oddanych Bogu i to nie tylko z Polski. Podczas Światowych Dni Młodzieży w Krakowie zobaczyłem powszechność Kościoła – niesamowicie mnie to poruszyło. Z tym, że to wszystko było ZBYT MAŁO, żeby zdecydować się na pójście do seminarium…

Z drugiej strony miałem przed sobą kuszący i obiecujący niesamowicie wiele świat – coraz więcej możliwości, jeśli chodzi o rozwój własny. Miałem wielu znajomych, którzy podróżowali po świecie i łapali każdą chwilę, aby cieszyć się życiem wolnym od jakichkolwiek zasad i ograniczeń. Dodatkowo byłem w dobrze zapowiadającym się szczęśliwym związku. Zatem po ludzku patrząc, wybór seminarium był stratą życia, jakąś abstrakcją, skokiem w ciemność…

Przyszedł moment klasy maturalnej, a ja wiedziałem, że muszę wybrać. Kilku znajomych poleciło mi rekolekcje ignacjańskie – są to rekolekcje, które odbywają się w zupełnym milczeniu. Jesteś tylko Ty i Bóg. Uznałem, że tam właśnie pojadę. Moim jedynym celem było znalezienie odpowiedzi na to jedno niesamowicie nurtujące mnie pytanie – kapłaństwo czy małżeństwo. 5 dni rekolekcji i oczywiście nie otrzymałem bezpośredniej odpowiedzi, ale za to doświadczyłem bardzo mocno miłości Bożej. Teraz już z doświadczenia mogę powiedzieć, że widzę pewną zależność – Pan Bóg ZAWSZE daje WIĘCEJ niż to, o co prosimy. Ta świadomość miłości Boga do mnie, która była ze mną wtedy i do dziś mi  towarzyszy, umocniła moją wiarę i dodała sił. I to w konsekwencji właśnie ona przeważyła szalę na wadzę, która miała mi pomóc dokonać wyboru. Uznałem, że skoro jest na świecie Ktoś taki, kto kocha mnie tak mocno, to ja nie chcę robić nic innego, tylko odpowiedzieć na tę miłość.

Pan Bóg znalazł drogę do mojego serca, aby mnie wezwać, choć dla mnie wydawało się to niemożliwe. Jestem, więc pewny, że do Ciebie też może przemówić, a jeśli pójdziesz za Nim niezależnie czy to będzie kapłaństwo, czy małżeństwo, On naprawdę zaprowadzi Cię w miejsca, o których nawet nigdy nie było Ci dane pomyśleć. Otwórz się tylko na Jego prowadzenie. „Wtedy Jezus spojrzał na niego z miłością…” (Mk 10,21)

kleryk Filip Rzymanek rok IV

Droga którą układa Bóg

Kiedy myślę o tym, że trzeba podzielić się swoją historią powołania, zawsze przeżywam pewien wewnętrzny wstrząs. Zastanawiam się, jak ująć tę historię w kilku akapitach? Jak opowiedzieć o moim powołaniu tak, aby Bóg przeze mnie mógł ukazać piękno drogi, którą mnie prowadzi? Wybrałem więc to, co uważam za najważniejsze, choć mam świadomość, że można by powiedzieć jeszcze znacznie więcej.

Muszę przyznać, że spotkał mnie niełatwy zaszczyt podzielenia się czymś bardzo intymnym i osobistym. Nieraz sam słuchałem historii powołań różnych ludzi i za każdym razem przekonywałem się, że nie da się wszystkiego przekazać słowami. Mam jednak nadzieję, że to świadectwo może choć trochę pomóc komuś, kto szuka Boga w swoim życiu.

Moment powołania porównałbym do zakochania się. W sercu człowieka pojawiają się wtedy takie „motylki”, które sprawiają, że ciągnie go do drugiej osoby tak bardzo, że nie jest w stanie nic z tym zrobić. Podobnie jest z powołaniem. W twoim wnętrzu pojawia się coś, co pociąga cię do Jezusa – Mistrza, w którym zaczynasz się zakochiwać i od którego doświadczasz ogromnej miłości. Takiej miłości, która sprawia, że chcesz iść za Nim, być z Nim i coraz bardziej się z Nim utożsamiać. Kiedy pozwolisz Jezusowi wejść do swojego życia, tak jak pozwalasz wejść drugiej osobie, wtedy On zaczyna wszystko układać po swojemu, oczywiście przy twojej współpracy.

Ten moment wkraczania Jezusa w życie człowieka przypomina mi fragment Ewangelii, w którym Jezus przychodzi do Jerozolimy i wchodzi do świątyni. Widząc, co się w niej dzieje, pragnie zaprowadzić pewien porządek. Powywracał stoły i wypowiedział słowa, które wstrząsnęły słuchaczami. Chciał przypomnieć, że świątynia jest miejscem spotkania z Bogiem. Powołanie również można nazwać takim miejscem spotkania człowieka z Bogiem. Tak było również w moim życiu. Pan Bóg „powywracał stoły” także u mnie, nie po to, aby coś zniszczyć, ale po to, aby wprowadzić w nim porządek. Można powiedzieć, że zaczął uczyć moje serce bić w jednym rytmie z Jego sercem.

Urodziłem się na Ukrainie w typowej katolickiej rodzinie, której bardzo wiele zawdzięczam. To dzięki moim rodzicom, którzy pomagali mi pielęgnować wiarę, zostałem ochrzczony, uczęszczałem na katechezę i byłem w Kościele oraz z Kościołem i do dziś jestem blisko niego. Wiele zawdzięczam także braciom i siostrom zakonnym, którzy posługiwali i nadal posługują w mojej rodzinnej parafii, dając piękne świadectwo  wiary. Kiedy wyjechałem z małego do dużego miasta na studia, pojawiła się obawa, czy moja wiara nie osłabnie. Wiadomo, na studiach bywa różnie. I rzeczywiście, różnie bywało. Raz byłem bliżej Boga, raz dalej. Ale najpiękniejsze jest to, że On zawsze na mnie czekał. Był i jest blisko. Do dziś wiem, że nawet jeśli czasem zejdę z drogi, Bóg cierpliwie czeka, aż na nią wrócę.

Podczas studiów zakochałem się. Wydawało mi się, że to miłość na zawsze. Jestem za to doświadczenie bardzo wdzięczny, ponieważ osoba, którą kochałem, nieraz bardziej przybliżała mnie do Boga niż moje własne doświadczenia. Później pojawiła się możliwość z uczelni wyjazdu na pół roku do Turcji. Na początku byłem zachwycony pięknem tego miejsca, słońcem, wygodnym życiem, pieniędzmi i rozrywką. Jednak bardzo szybko poczułem pustkę. Brakowało mi bliskiej osoby, Kościoła, spowiedzi, wspólnoty i Eucharystii. Wtedy zrozumiałem, że bez Boga nawet najpiękniejsze miejsce nie daje człowiekowi prawdziwego szczęścia. Modliłem się, aby jak najszybciej wrócić do domu i Bóg mnie wysłuchał. Zachorowałem i musiałem wrócić na leczenie. Na pierwszy rzut oka była to trudna sytuacja, bo trzeba było zostawić to, co wygodne. Dziś jednak wiem, że była to łaska. Mogłem znów być blisko tego, czego pragnęło moje serce: Boga, ukochanej osoby, Kościoła i wspólnoty ludzi, którzy myślą podobnie jak ja.

Po pewnym czasie wyjechałem ponownie za granicę, tym razem do Polski. Trafiłem do Zakopanego i właśnie tam rozpoczął się nowy etap mojego życia. Pracowałem, angażowałem się w życie parafii i spotykałem ludzi, którzy pomagali mi dojrzewać duchowo oraz rozeznawać powołanie. Z czasem stali się dla mnie prawdziwą rodziną. Po jakimś czasie relacja z osobą, z którą wiązałem swoją przyszłość, zakończyła się. Było to bolesne doświadczenie. Dziś jednak widzę, że już wtedy Bóg zaczął układać moją drogę po swojemu. To, co było dla mnie gorzkie, On przemieniał w dobro.

W parafii, do której trafiłem na początku mojego pobytu w Zakopanem, był kleryk. Po pewnym czasie został diakonem, a potem księdzem. Stał się dla mnie najpierw przyjacielem, później kierownikiem duchowym, a z czasem, jak sam go nazywam: „ojcem mojego powołania”. Pewnego dnia zaprosił mnie na kilkudniowe rekolekcje do Niepokalanowa. Zgodziłem się i pojechaliśmy. Modlitwa, konferencje, adoracja, wszystko tak jak na rekolekcjach. W dniu wyjazdu powiedział do mnie: „Wiesz co, kto jest pierwszy raz w Niepokalanowie, powinien podejść do Krzyża przy wejściu do bazyliki. Ten Krzyż jest niezwykły. On przemawia.” Pomyślałem wtedy, że może kolega trochę się przemodlił, ale poszedłem, żeby nie zrobić mu przykrości. Podczas modlitwy pod Krzyżem rzeczywiście usłyszałem w sercu głos, jedno słowo: „odwagi”. Po powrocie z Niepokalanowa mieliśmy  jeszcze kilka dni urlopu, więc poszliśmy w góry. Na szczycie kolega powiedział do mnie: „Rostek, cały czas w Niepokalanowie modliłem się za ciebie, żeby Pan rozpalił w twoim sercu pragnienie służby Jemu i Jego Kościołowi w kapłaństwie.” Byłem bardzo zaskoczony. Zacząłem się śmiać i powiedziałem, że się do tego nie nadaję. A on tylko się uśmiechnął i powiedział: „Powierz Panu swą drogę, a On sam będzie działał.” Wracając z gór, wstąpiliśmy jeszcze na chwilę adoracji do naszych sióstr karmelitanek, a przy okazji chciałem kupić nowy szkaplerz. Kolega żartem powiedział do siostry za kratą: „Niech siostra powie temu młodzieńcowi coś mądrego.” Siostra bez zastanowienia odpowiedziała: „Odwagi, młodzieńcze!” Wtedy naprawdę się zatrzymałem. Przypomniałem sobie Niepokalanów i słowo „odwagi”. Spojrzałem na kolegę, a on tylko powtórzył z uśmiechem: „Odwagi, Rostek.” Można by pomyśleć, że to przypadek. Ale od tego momentu coś się zmieniło. W moim sercu zaczęło się dziać coś podobnego jak wtedy, gdy się zakochałem. Zacząłem więcej się modlić i uważniej słuchać tego, co Bóg mówi przez swoje Słowo, przez ludzi i przez wydarzenia. To wsłuchiwanie trwa do dziś, już w Krakowskim Seminarium Duchownym.

Seminarium jest miejscem, w którym człowiek odkrywa samego siebie, swoje talenty i dary, ale także swoje słabości. Odkrywa również, jak Bóg działa w nim i przez niego wobec innych ludzi. Jest to możliwe tylko wtedy, gdy pozwolimy Bogu trochę „powywracać stoły” w naszym życiu, aby mógł je poukładać na nowo, po swojemu.

Po tych kilku latach w seminarium, pełnych doświadczenia Bożej miłości, radości, ale czasem także trudnych chwil, wciąż pytam Boga: czy ta droga jest moja? Czy to jest droga, którą On chce mnie prowadzić? Jestem jednak przekonany, że On odpowiada. Odpowiada przez Kościół, przez przełożonych, przez braci, przez modlitwę, przez wydarzenia i przez ludzi, których stawia na naszej drodze. Wiele jednak zależy także ode mnie. Jeśli pozwolę Mu wciąż wkraczać w moje życie, On na pewno będzie mnie prowadził. Będzie mówił „odwagi” wtedy, gdy wydawać się będzie, że wszystko się wali i że cały świat jest przeciwko tobie. Będzie wyciągał z tego, co trudne i będzie błogosławił w tym, co robisz, w służbie, w słowie, w czynach i w całym twoim zaangażowaniu.

Dlatego życzę Ci, abyś w takich momentach, gdy Pan Bóg wkracza w Twoje życie i zaczyna coś układać po swojemu, miał odwagę Mu na to pozwolić. Bo On naprawdę chce dla Ciebie czegoś dobrego. Niech nigdy nie zabraknie Ci odwagi, by iść za Nim. Nawet jeśli pojawi się lęk, zniechęcenie czy kryzys, pamiętaj, że On jest z Tobą. Często przychodzi przez  drugiego człowieka: tego, który modli się za Ciebie, rozmawia z Tobą albo po prostu jest przy Tobie.

Bóg potrzebuje każdego z nas, w seminarium, w zakonie, w małżeństwie czy w codziennym życiu, aby przez nasze ręce i serca działać w świecie. Niech ta historia pomoże Ci zobaczyć, że Bóg działa także w Twoim życiu i mówi do Ciebie każdego dnia jedno słowo: „Odwagi.” Daj się prowadzić – a On sam Cię poprowadzi.

kleryk Rościsław Święcicki rok III

Droga, która zaczęła się od spotkania

Moja historia powołania rozpoczęła się pod koniec szkoły podstawowej, w czasie przygotowań do sakramentu bierzmowania. Był to moment bardzo realnego spotkania z Bogiem, które całkowicie zmieniło moje spojrzenie na wiarę i życie. W mojej parafii odbywał się wtedy kurs Alpha. Zachęcony przez księdza oraz grupę przyjaciół postanowiłem wziąć w nim udział, nie do końca wiedząc, czym on właściwie jest. Z perspektywy czasu widzę, że była to jedna z najlepszych decyzji w moim życiu.

To właśnie podczas kursu doświadczyłem Boga i Jego miłości do mnie. To doświadczenie stało się początkiem mojej osobistej relacji z Jezusem. Modlitwa przestała być obowiązkiem, a stała się rozmową. Zacząłem odkrywać Boga, jako kogoś bliskiego i obecnego, który naprawdę słucha. Coraz bardziej rozumiałem, że relacja z Nim opiera się na wzajemnej przynależności i zaufaniu, co najlepiej oddają słowa Pisma Świętego: „Mój miły jest mój, a ja jestem jego”.

Po ukończeniu kursu zacząłem angażować się w jego organizację, a z czasem posługiwać, jako animator, pomagając młodzieży w przygotowaniu do bierzmowania oraz współorganizując różnego rodzaju rekolekcje. Od dziecka byłem ministrantem, później lektorem, animatorem i ceremoniarzem. Te doświadczenia stopniowo pogłębiały moją relację z Bogiem i uczyły mnie odpowiedzialności za innych.

Z czasem pojawiło się pragnienie czegoś więcej, wspólnoty, w której mógłbym na stałe wzrastać. Dołączyłem do Wspólnoty Odnowy w Duchu Świętym, która bardzo szybko stała się dla mnie drugim domem. Choć większość osób była ode mnie starsza, nie stanowiło to przeszkody. Uczyłem się tam, że wiara przeżywana razem prowadzi do wzrostu i umacnia w chwilach wahania.

Pod koniec liceum, gdy pojawił się temat wyboru dalszej drogi życiowej, coraz częściej wracała myśl o seminarium. Rozeznawanie tej drogi było procesem długim i momentami trudnym. Nie była to jedna chwila, lecz stopniowe dojrzewanie decyzji i cierpliwe wsłuchiwanie się w głos Boga, który prowadzi z miłością i szacunkiem dla ludzkiej wolności. W tym czasie szczególną pomocą stała się dla mnie adoracja Najświętszego Sakramentu, którą ukochałem, jako przestrzeń ciszy i bycia przed Bogiem. Ważną rolę odgrywało również Pismo Święte, w którym wielokrotnie odnajdywałem odpowiedzi na pytania rodzące się w moim sercu, a także kierownictwo duchowe, pomagające mi porządkować myśli i uczyć się rozpoznawania Bożego głosu.

Dziś jestem w seminarium, gdzie rozeznaję powołanie, które wybieram. Jest to dla mnie przestrzeń drogi i formacji, w której uczę się słuchać Boga oraz coraz lepiej rozpoznawać Jego wolę wobec mojego życia. Choć pojawiają się pytania, wątpliwości i trudności, czuję, że jest to miejsce, w którym chcę dalej trwać. Pragnę służyć innym i prowadzić ich do Chrystusa, tak jak kiedyś sam zostałem do Niego poprowadzony. Wierzę, że gdy człowiek odpowiada Bogu szczerym „tak”, otrzymuje siłę większą, niż mógłby sobie wyobrazić. Powołanie bywa wymagające, jednak jest możliwe do przejścia, jeśli idzie się tą drogą razem z Nim. „Powierz Panu swą drogę, zaufaj Mu, a On sam będzie działał” (Ps 37,5).

kleryk Mateusz Kostka rok II

„Uwiodłeś mnie, Panie, a ja pozwoliłem się uwieść.” [Jr 20, 7]

Gdy jestem pytany, czym jest powołanie i dlaczego wybrałem tę drogę, w mojej głowie pojawia się jedna myśl: jest to doświadczenie trudne do opisania. Ciężko mówić o czymś, co przekracza człowieka i nie pochodzi jedynie z ludzkich planów. Postaram się jednak, choć trochę opowiedzieć o mojej drodze powołania.

Wychowałem się w wierzącej rodzinie, w malowniczej wsi na Podhalu, gdzie wiara w Boga była czymś codziennym i naturalnym. Od najmłodszych lat służyłem w kościele, jako ministrant, a później, jako lektor. Lubię wracać do wspomnień z dzieciństwa, kiedy zabawa z kolegami przeplatała się z różnymi obowiązkami.

Jeśli miałbym wskazać moment, w którym po raz pierwszy pomyślałem o kapłaństwie, był to czas przygotowań do Pierwszej Komunii Świętej. Zadawałem sobie wtedy pytania:, kim jest ksiądz, jakie jest jego zadanie i dlaczego kapłan ubiera różne szaty. Byłem bardzo zainteresowany tą tajemnicą kapłaństwa.

Moje życie toczyło się jak życie zwykłego chłopaka. Uczyłem się, spotykałem z przyjaciółmi i cieszyłem się codziennością. W różnych sytuacjach mojego życia doświadczałem obecności Boga. Szczególnie w modlitwie i w chwilach trudności czułem pokój serca i przekonanie, że On naprawdę mnie prowadzi. Gdzieś jednak w sercu ciągle powracało pragnienie, aby zostać kapłanem i dzielić się z innymi tym, co Bóg daje człowiekowi każdego dnia.

Po ukończeniu technikum turystycznego powiedziałem w osobistej modlitwie: „Boże, prowadź mnie. Oddaję się Twojej woli”. Niedługo potem złożyłem dokumenty do seminarium. Z drżeniem serca przekroczyłem próg tego miejsca, mając w sercu słowa: „Nie lękaj się, to Ja Ciebie wybrałem”. Pierwsze pytanie, które usłyszałem od księdza rektora, brzmiało:, czym dla mnie jest prawda. Ten dzień bardzo mocno zapadł mi w pamięć. Był to moment, w którym wykonałem pierwszy krok na drodze do kapłaństwa.

O mojej decyzji rodzina i znajomi dowiedzieli się dopiero wtedy, gdy w mediach społecznościowych pojawiły się zdjęcia z otrzymania suscept, czyli oficjalnego potwierdzenia przyjęcia do seminarium. Pojawiło się wtedy wiele pytań:, dlaczego wybrałem taką drogę, czy nie szkoda mi życia i czy jestem świadomy kryzysu, jaki przechodzi Kościół.

W odpowiedzi zawsze mówiłem, że jeśli coś się kocha i czuje się wewnętrzne pragnienie, aby za tym pójść, to mimo trudności trudno się temu oprzeć.

W podaniu do seminarium napisałem, że nigdy nie zdecydowałbym się wybrać seminarium duchownego, gdybym nie doświadczył Boga, który jest największą miłością. To zdanie wciąż mnie prowadzi, ponieważ uświadamiam sobie, że nigdy nie czułem się tak kochany jak przez Boga. Nie ma na ziemi osoby, która potrafiłaby kochać tak jak On.  Jeśli człowiek naprawdę wejdzie z Nim w relację i otworzy się na Jego prowadzenie, wtedy Bóg czyni wielkie rzeczy. Człowiek zaczyna pragnąć już tylko Jego samego.

Dziś, będąc już w seminarium, mogę powiedzieć, że jestem szczęśliwy. Jezus nieustannie zaprasza mnie do coraz głębszego poznawania Go. Mogę to robić poprzez modlitwę oraz studiowanie filozofii i teologii. Bóg uwodzi człowieka, pokazując mu, że droga, której się boi, jest tak naprawdę tą, która da mu najwięcej szczęścia.

kleryk Wojciech Walczak-Wójciak rok II

Jezus odpowiedział: «Pierwsze jest: Słuchaj»

Po roku spędzonym w seminarium, mogę z czystym sumieniem powiedzieć, że etap propedeutyczny to bardzo dobry czas, dający możliwość naprawdę głębokiego rozeznania swojego powołania i utwierdzenia się w nim.

Dla mnie był z pewnością wymagającym czasem zmierzenia się z tym, co zupełnie nowe – miejscem, środowiskiem i jego wyzwaniami, układem i rytmem dnia, ale także konfrontacji z wcześniejszymi oczekiwaniami. Jednocześnie ten rok postawił przede mną wymaganie w postaci nauki przyjmowania i dostosowywania się w tym wszystkim do tego, czego wymaga Pan Bóg i jak największego oddania się Jemu samemu. Była to szczególna przestrzeń do spojrzenia na to, jak spełniają się słowa pewnego wczesnochrześcijańskiego pustelnika: Posłuszeństwo za posłuszeństwo. Kto słucha Boga, tego i Bóg słucha. I właśnie za to jestem Mu bardzo wdzięczny – za to, że przez ten rok uświadomił mi, jak wiele On chce i może dać człowiekowi przez wyłączną, czułą na Jego głos miłość do Niego, która jako jedyna może stanąć ponad wszystkimi innymi, mniejszymi miłościami – do bliskich, do swoich przyzwyczajeń, do pasji. To miłość domagająca się tylko tej prośby, żeby nie moja, ale Jego wola stawała się rzeczywistością. Taka modlitwa zresztą wymagała także rezygnacji z moich planów i tego, żeby faktycznie wprowadzać w życie Jego wymagania – od spraw najmniejszych i najprostszych po te największe i często trudne do przyjęcia, a co dopiero do realizacji. Ten rok, dając więcej przestrzeni do osobistej refleksji, pozwolił mi to wszystko przyjąć i wprowadzić w seminaryjną codzienność; dzięki niemu widzę większy porządek i owocność dalszej formacji.

Nawet, jeśli samo zaproszenie do wstąpienia do seminarium było wymagające i dalej jest – ze wszystkimi swoimi konsekwencjami – to zdecydowanie właśnie tej Jego bliskości, której szczególnie mogłem oddać się przez ten rok, a która idzie za stałym i stopniowym wyrzekaniem się siebie, nie zamieniłbym na nic innego.

kleryk Jan Jaśkowiec rok I

„Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu: On sam będzie
działał” (por. Ps 37,5)

Z perspektywy czasu, kiedy myślę o etapie propedeutycznym i zastanawiam się, jak zdefiniować ten okres, automatycznie nasuwa mi się jedno konkretne słowo – modlitwa. Etap „wstępny” formacji seminaryjnej pozwolił mi skupić się właśnie na niej – nie tylko, jako konieczna czynność każdego wierzącego, obowiązek, który może mi sprawić radość lub smutek; modlitwa stała się dla mnie przede wszystkim zaangażowaną relacją. I to z nie byle Kim – Bogiem zawsze otwartym, zawsze ofiarującym się. Bóg, który czeka na mnie, wymaga jednocześnie zaangażowania – w tym pomogła mi adoracja w ciszy. Podczas etapu propedeutycznego nauczyłem się, czym właściwie jest i powinno być adorowanie Chrystusa w Najświętszym Sakramencie. Dzięki poświęceniu na nią czasu, zatroszczeniu się o wyciszenie – zarówno wewnętrzne, jaki i zewnętrzne – mogę przyznać, że na nowo zakochałem się w Panu. Spotykając drugiego człowieka, czytając Słowo Boże, uczestnicząc w liturgii ciągle odkrywam nowe wymiary Jego obecności – milczącej, czasem ukrytej, a jednocześnie tak bliskiej. I choć dopiero rozpoczynam drogę powołania i wiem, że pojawią się sytuacje trudne, mocno wierzę, że Bóg wspiera tych, którzy bezgranicznie powierzają się Jemu: „Powierz Panu swoją drogę i zaufaj Mu: On sam będzie działał” (por. Ps 37,5).

kleryk Mateusz Kosela rok I

Obdarowanie
Tyś we mnie stworzył
taką głębię,
ponad którą unosi się
tylko Twój Duch.
Tyś mi dał, Panie,
takie pragnienie,
które zaspokoić możesz
tylko Ty sam.
Tyś mnie obdarzył
takim Darem
na który odpowiedzią
możesz być tylko….
MIŁOŚĆ
to znaczy wszystko w darze.

diakon Krzysztof Kawik, rok V

Broszura